Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

Najbardziej etyczny biznes na świecie.


Półtora roku temu zagnało mnie na spotkanie Klubu Flavon. Zaproszono mnie tajemniczo, bez podania nazwy firmy – spotkanie, dzięki któremu będę piękny, młody i bogaty, czyli typowe zaproszenie na piramidę. Teraz to się nazywa multi level marketing, w skrócie mlm.  Prezentacja bardzo marna, pseudonaukowy bełkot, ale uczestnikom to wyraźnie nie przeszkadzało. W skrócie: firma sprzedaje dżem, bardzo dobrze zrobiony, który pomaga na wszystko, chociaż nie jest lekiem – prelegent wielokrotnie to podkreślał. Jeden słoik (słoiczek) kosztuje 135 zł. i należy kupić cztery, a więc wydatek jednorazowy 540 zł. Czego jednak się nie robi dla zdrowia, urody i wiecznej szczęśliwości, bo właśnie o szczęśliwość tu chodzi. Codziennie spożywamy dżemu za 5 zł. i jakość życia nam się poprawia, a równolegle namawiamy innych, którzy jeszcze nie wiedzą, nie mają tej tajemnej wiedzy, do zakupu i lepszego życia. W tym namawianiu już nie jesteśmy tacy bezinteresowni, bo przecież z każdego słoika, kupionego przez następnego klienta cudownego biznesu mamy 20% i ten co nas przyprowadził też ma 20% i następny ma 20% a następni to już tylko po kilka procencików, ale kasiora płynie, wszyscy jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i majętni.  I o co mi chodzi, bo przecież przymusu nie ma, mlm zawojowuje cały świat, jak się szybko nie przyłączę to okazja mnie ominie, kasy nie zarobię i ze zdrowiem mi się nie uda tak dobrze. I jeszcze powinienem szybko powiedzieć moim przyjaciołom i znajomym o tej okazji, bo jak nie powiem, to ich ominie, a w Warszawie jakoś piramidy nie mają specjalnego powodzenia.

To najbardziej etyczny biznes, jaki można sobie wyobrazić. Zdrowie się poprawia, szmal płynie, nawet kiedy śpimy i nic nie robimy. Krzywda nikomu się nie dzieje i jeszcze mamy nowych przyjaciół, którzy się cieszą, gdy kupujemy słoiczki, bo od tego my jesteśmy zdrowi, a oni bogaci. To, że biednych nie stać na kupowanie tej przepustki do zdrowotności, to że przyjaciele, którzy nie będą kupowali, albo zaprzestaną kupowania, nie będą zasługiwać na moją przyjaźń (nie dają mi zarobić) zupełnie nie powinno/nie może mi przeszkadzać.

Tekst powyższy umieściłem już kiedyś na moim blogu: tkwiatkowski.blogspot.com ale sprawa jest ważna i dlatego postanowiłem go jeszcze raz przytoczyć. Prelekcji flavonowej wysłuchałem w styczniu 2012 roku.

Dynią w senatora.

Dwóch Piotrów przy jednej drodze w Fiałkach mieszkało, jeden od dawna, a drugi od przed chwilą (wcześniej mieszkał tam rzeźnik). Pomiędzy ich domami było pole zbożem obsiewane i skaszane i tak by mogło być do końca świata, ale jednak wszystko się zmienia. Pole polem być przestało, a przeistoczyło się w działkę budowlaną, ogrodzoną siatką z gustownym barakiem z blachy falistej błyszczącym w słońcu jak w przysłowiu, które każdy zna. Nowy właściciel za chwilę będzie budował dom. Wszystkie domy przy tej drodze stoją w jednej linii, a nowy już nie, bo pan na tej włości miał inny pomysł. Na sugestię jednego z sąsiadów, że jak będą w jednej linii, to będzie ładniej, nowy mieszkaniec odpowiedział, że nie będzie nic zmieniać, bo już ma wszystkie zgody na to miejsce. Sąsiedzi płaczą, bo będą mieli brzydszy widok, ale sami też nie są święci, bo jeden rękoma drugiego ogrodził przed sarnami i zającami kawał nowego sadu brzydką siatką. W moich, pięknych (kiedyś) Fiałkach był przepis, że można budować na starych fundamentach, a ogrodzenia tylko z materiałów naturalnych. Teraz siatka króluje (bogatsi w świętokrzyskim stawiają betonowe mury), a nowe domy budują jak chcą i sądy nikomu nie są straszne. Coraz brzydsza ta nasza Polska.

Podobny bezokienny barak z blachy falistej widziałem wśród pól świętokrzyskich. Obok baraku stała sławojka i to wszystko ogrodzone oczywiście siatką. Brzydactwo tak okrutne, że nie potrafiłem zrobić zdjęcia, ale prawdopodobnie wszystko zgodne z przepisami.

W Chalupkach, gdzieś między Pińczowem (Żydów przed wojną było tam więcej niż Polaków, a teraz tylko pięciu), a Morawicą jest piękna ruina z roku 1931. 82 lata były potrzebne, aby dom wybudować, mieszkać w nim i go opuścić i żeby stał się taką piękna ruiną. Nie wierzę, że te nieszczęścia architektoniczne w Fiałkach, Bonicach i gdzie indziej tak ładnie sie zestarzeją. Właśnie Bonice mnie zadziwiły. Mają tam bardzo cudacznie ogrodzony chodnik. Zardzewiale balustrady kończą się równie gwaltownie jak zaczynają i to bez żadnej rozsądnej przyczyny. Ogrodzenie zachwaszczonego chodnika to interesujący ślad pobierania przez gminy unijnych dotacji. Kasa była to się wzięło, ale na utrzymanie w porządku to już środków nie ma. W sąsiednich Chałupkach chodnik ładny i bez durnego ogrodzenia za to z piękną ruiną.

To mi się wszystko splata z zieloną partyzantką Jarosława, którą rozpoczął trochę nieświadomie na Smolnej. Nasze zielone ogrody, które ukrywają śmieci zostały zbudowane na lekkiej drewnianej konstrukcji bez pytania o zgodę sąsiedniego Senatu, nadzorów budowlanych, architektów miejskich i nikt inny mi do głowy więcej nie przychodzi. Pozwolenia budowlane wymagają rysunków, obliczeń i wydawania pieniędzy. System urzędniczy tworzy sam z siebie potrzebę najprzeróżniejszych działań, przez ktore udowadnia konieczność swojego istnienia. Biurokracja rozmnaża się przez pączkowanie i powiększając swoją liczebność musi stwarzać nowe przepisy, których głównym celem jest wykazanie niezbędności jej istnienia. My, obywatele legitymizujemy rozpanoszenie się biurokracji uczestnicząc w tym szalonym kontredansie (występujemy z podaniami, piszemy prośby do kierowników, naczelników, inspektorów, jesteśmy permanentnymi petentami). W gąszczu przepisów gubi się zdrowy rozsądek.

Mam prawo do pięknego krajobrazu, do życia w scenerii estetycznej i chcę z tego prawa korzystać. Mam prawo do oczekiwania, ze prawo jest mądre i urzędnicy, którzy są jego strażnikami też są mądrzy. Widząc, ze nikt mojego prawa do piękna nie przestrzega, a raczej realizuje swoje egoistyczne cele, uważam że mogę też działać niezgodnie z prawem chodując dynie, pomidory i fasolki na murze granicznym. I jeżeli Senatowi to się nie podoba, to może trzeba go zlikwidować i parę innych służb w komplecie też.

Pozwolili mi się umyć.

Siedemnastoletnia Wanda, która zostawiła siostry tylko na trzy dni (tyle mialo trwać powstanie), była brudna od krwi zabitego przyjaciela. Wycofywali sie z Powiśla i 23 sierpnia trafiła na Smolną. Mieszkańcy pozwolili jej się umyć i napić. Dzis 86letnia Wanda Traczyk Stawska pamięta wannę, w której się kąpała i dziękuje mieszkańcom Smolnej za to, jak jej wtedy pomogli – Tymi drzwiami schodziliśmy do piwnicy – wskazuje drzwi do piwnicy za plecami – moi koledzy już nie żyją, zostało nas tylko pięcioro, ale tylko ja się tak dobrze ruszam.

Ona ma swoje zadania, tabliczki z nazwiskami poległych, których nie można powiesić, bo nie ma stuprocentowej pewności, że oni tam leżą. Ale przecież oni zginęli w powstaniu i chociaż pewność jest tylko 90% to co z tego? Przepisy mają ogromną moc. To ważne spotkanie. Nie wiem, czy jesteśmy dobrymi adresatami podziękowań Pani Wandy, bo przecież mieszkamy na Smolnej kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, ale pomoc w jej walce z urzędniczymi wiatrakami deklarujemy.

Ogrodzenie metalowe pamięta powstanie – widoczne są przestrzeliny.

Ach gdzie te trąby i smyki, czyli Natalie Cole w Warszawie.

Było bardzo elegancko. Kobiety w sukienkach i sukniach, czasami nawet wieczorowych, mężczyżni w garniturowych spodniach, a często w garniturach, żaden luz jak dnia poprzedniego na jazzach WSJD. Taka publika przybyła 17 lipca do Kongresowej  na występ Natalie Cole, która też w pięknej sukni z odkrytymi ramionami, a na scenie wazon z białymi różami, czyli szyk i elegancja. Koncert bardzo ładny, piosenki nastrojowe i nie tylko. Padały nazwiska Mendes i Jobim i oczywiście tata artystki Nat King Cole z którym zaśpiewała w duecie Unforgettable. Mnie się najbardziej podobały kawałki na płytę Natalie Cole en Espanol, chociaż końcowe Oye Como Va było tak ostre, że wszyscy ruszyli do tańcow, ale bis był tylko jeden, bo tak pewnie było w kontrakcie.

5X0A5864

I tylko żal, że smyczki i dęte to z klawiszy, których oprócz fortepianu na scenie było cztery. Na szczęście czasy bigbandów nie przeminęły i jak się stęsknię za taką muzą, to sobie posłucham składu z Bednarskiej.

Historia emocjonalna, czyli ciśnienie tylko rosło i już wiem dlaczego mam cichą migawkę.

Drugi dzień Warsaw Summer Jazz Days miał być gitarowy i prawie taki był. Zaczął Marcin Olak Quartet, a właściwie Mariusz Adamiak, który wyraźnie się cieszył, że w poniedziałek żyłka mu nie pękła. Marcin Olak zaczął statecznie, spokojnie, wręcz łagodnie, trochę z szacunkiem dla miejsca i wydarzeń mających nastąpić później. Bardzo mi się podobały przeróbki Lutosławskiego i finisz, kiedy zespół wyraźnie się rozkręcił i trochę szkoda, że musieli kończyć. Po Marcinie i kolegach wystąpił Renaud Garcia-Fons zapowiadany przez Adamiaka jako gigant kontrabasu i to była prawda. Świetny basista, którzy używa elektroniki, ale w sposób wyważony, bez niepotrzebnych fajerwerków i jeszcze ku radości publiki nauczył się kilku słów po polsku.

I tutaj muszę kilka słów o kolegach z aparatami fotograficznymi. Mamy kilka minut do robienia zdjęć, a później musimy się wynieść i można robić z daleka. W czasie koncertu Renaud Garcia-Fons siedziałem w środku w przejściu koło fotografa, który robił mu zdjęcia bez przerwy, cały koncert. Artysta był prawie bez mimiki, po prostu w jednym miejscu z nachyloną głową i cudownie grał, a fotograf tłukł foty z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Aparat miał pewnie kilka lat, więc migawka młóciła jak szalona i okoliczni widzowie chcieli gościa zabić. Ja go rozumiem, bo nam się wydaje, że właśnie teraz kiedy dźwięk taki piękny to i fota może się pięknie udać, ale rozumiem też widzów. Nie ma idealnego wyjścia.

Finał, czyli Paco de Lucia w ośmioosobowym składzie. To była jazda bez trzymanki. Zaczął sam Paco, a później dołączyli śpiewacy i jeszcze instrumenty i jeden ze śpiewaków tańczył. Śpiewanie gdzieś z głębi, którego chyba nie można tak całkiem w szkole się nauczyć i facet tańczący w obcasach – cudo. Było głośno, dynamicznie, grali niecałe dwie godziny, a tak jakby dłuższy kwadrans, niezapomniane przeżycie.

A zdjęcia są w galerii muzycznej.

Zorn i orkiestra.

Byłem, widziałem, zdjęć nie robiłem, duże przeżycie. Dorota Szwarcman (http://szwarcman.blog.polityka.pl/2013/07/16/zorn-w-siedmiu-odslonach/#more-3394) powiedziała, że to był bardzo eklektyczny, a może najbardziej eklektyczny koncert jaki widziała – dokładnie nie pamiętam, ale to prawda. Od sympatycznych piosenek przeplatanych szaleństwem Mike’a Pattona, przez Hildegardę z Bingen na pięć kobiecych głosów, aż do Masady na którą wszyscy czekali. Dla porządku jeszcze był kwartet smyczkowy, niecodzienne trio fortepianowe i jeszcze raz szalony Patton z Medeskim, Dunnem i Baronem. Na koniec Dreamers i Electric Masada. Zorn wszystko widział, wszystko słyszał, ogarniał, cieszył się tym co działo się na scenie i to było dla mnie najciekawsze, jego prowadzenie zespołu, jego dyrygentura. Siedział na krześle i wstawał, falował rękami, zespół bardzo uważnie śledził ten jego taniec, cieszył się razem z nim i działo się pięknie jak w porządnej orkiestrze.

To pierwszy dzień Warsaw Summer Jazz Days i jak na początek bardzo nerwowy. Zorn nie pozwolił fotografować i bardzo ograniczył możliwość filmowania przez telewizję. Szacunek dla organizatorów, na których naciskali nie tylko Amerykanie, ale jeszcze siły porządkowe Kongresówki, które to siły w pewnym momencie przyszły i chciały same rozłączać i przestawiać kamery. Adamiak się nie poddał. W efekcie koncert opóźnił się o ponad pół godziny i atmosfera była dość napięta, ale wszystko się udało. Jutro/dziś dzień gitarowy. Idę spać.

Logika posła.

Dzisiaj jest głosowanie bić zwierzęta rytualnie, czy nie i posłowie mają problem. Ten problem to wcale nie jest troska o zwierzęta, ani o rolników, tylko co zrobić, żeby ograniczyć straty piarowe. Widziałem w telewizorze posła, który zrównywał aborcję z ubojem rytualnym i mówił, że ci którzy są za aborcją, nie powinni mieć nic przeciw zarzynaniu zwierząt jak się komu podoba. On był oczywiście przeciw aborcji, więc chyba powinien być też przeciw ubojowi rytualnemu, ale tu jego logika była inna, bo mówił o zarobkach rolników, że będą mniejsze. Ten poseł, to pan Sawicki z PSL, który groził, że zaraz wszystkie nasze zwierzęta będą wysyłane do Czech i do Francji i jeszcze gdzie indziej i tam będą zabijane jak chcą Żydzi i Muzułmanie.

Widziałem obie demonstracje, tą za ubojem i tą wczorajszą przeciw. Różnica była bardzo wyraźna. Za ubojcami stoi większa kasa, ale nie są jakoś specjalnie zaangażowani. Pan Sawicki bredził, że rolnik się przywiązuje do zwierząt i żal mu je później zabijać. Tak jest może przy niektórych małorolnych, ale próbowałem sobie wyobrazić hodowcę, który się przywiązuje do swoich setek krówek i nie udało mi się. Wczorajsza demonstracja przeciwko ubojowi, to ludzie, dla których cierpienie zwierząt nie jest pustym słowem. Dużo było młodych, dużo kobiet, prowadził Jacek Bożek z Klubu Gaja, który po prostu nie je mięsa.

Jestem dobrej myśli, chociaż nie wierzę w to, że premierowi, czy innym posłom nagle zacznie bić serduszko w dobrym miejscu. Logika wyborcza, którą kieruje się każdy polityk podpowie im, który guzik nacisnąć.

2013-07-11 001 2013-07-11 004 2013-07-11 006 2013-07-11 009 2013-07-11 018 2013-07-11 025 2013-07-11 029

Ubojca rytualny.

Ubojca rytualny to przeważnie mężczyzna dobrze wyglądający, opalony, nafutrowany, ogólnie zadowolony, ale z pretensją, bo mu się politycy wtrącają do biznesu, a on tego nie lubi. Przyjechał do Warszawy domagać się tego, żeby mógł zabijać zwierzęta tak, jak chce jego klient. Transparenty, maszyny wyjące, nawet krowa z plastiku, wszystko było co trzeba, ale cała demonstracja pod Sejmem wydała mi się dość lajtowa. Oczywiście kilku polityków podpięło się pod te krzyki. Trwało to wszystko kilka godzin i poszli i tylko te białoczerwone krawaty wyrażały ich tęsknoty za czasem przeszłym.

I jeszcze jedno.  Ubojca  powiedział w telewizorze, że cierpienie zwierząt to problem drugorzędny, bo przecież ważniejsze jest cierpienie ludzi którzy nie mają pieniędzy. 2013-07-10 005 2013-07-10 012 2013-07-10 017

2013-07-10 004 2013-07-10 022

Dziwię się.

Ktoś mi napakował czarnego, tłustego smaru w klamkę mojego auta tak, żebym otwierając je całą dłoń ubrudził. Plan mu się udał, dłoń umazana, a ja szczerze zadziwiony ludzką złością, może nienawiścią, albo bezmyślnością, poszedłem do smolnych przyjaciół im o tym opowiedzieć i nikt się tym jakoś nie przejął. Jarkowi ktoś kradnie kwiaty, a sąsiadowi Stefana grupa rozradowanej młodzieży w nocy skakała po samochodzie. Cudze smutki humoru mi nie poprawiły, dalej mam problem z pogodzeniem się, że takie jest życie.

Trochę z innych zdziwień, to w rowerowej podróży z Tłuszcza do Małkinii spotkałem taką reklamę i chyba powinienem stać się kolekcjonerem takich nieprawdopodobieństw. Kto to wymyślił? Producent, czy agencja reklamowa? Razem w przyszłość, czyli kto z kim? My i te ładne zwierzątka w naszych brzuchach? I jeszcze z Unią Europejską, bo gwiazdki nad reklamą są też. Cudo…

2013-06-30 059Jechałem dalej do Małkinii drogą pamiętającą Adolfa. Połupane płyty betonowe posmarkane miejscami socjalistycznym asfaltem to zabytek, bo droga prowadzi do Treblinki. Rowerzyście łeb urywa. 10 kilometrów niesamowitego spadku po III Rzeszy, którego nie można podobno zmodernizować.

I jeszcze dwa zdjęcia bez komentowania:2013-06-30 091a
2013-06-30 133a

 

 

 

 

 

A na koniec zdziwienie pozytywne. W Węgrowie poranna burza i kawka z ciasteczkiem owocowym w Galerii Impresja. Noc spędziłem w Karczmie koło zamku w Liwie, gdzie dbałość o estetykę nie była na pewno priorytetem, a tu w Galerii zapasowy papier toaletowy przewiązany czerwoną wstążeczką. Radość i nic dziwnego, bo właścicielka śpiewała kiedyś w chórze warszawskiego Teatru Wielkiego, a teraz zajmuje się biznesem i szerzeniem kultury i jeszcze dzieci uczy w domu….2013-06-30 055_1

Dalej jest pięknie, choć inaczej.

2013-06-29 101 2013-06-29 001Ciocia Licia, wujek Janek, ciocia Marysia, polowania, krowy wyprowadzane przez profesorów na pastwiska…. Świat którego już nie ma. Do Tłuszcza przyjechałem jak kiedyś pociągiem i też było ciasno, tylko teraz dołączono na Wschodnim jeden wagon, a wtedy nikomu do głowy nie wpadało, że można aż tak troszczyć się o podróżnych. Byłem małym chłopcem, który jechał z mamą na wakacje do Łochowa z przesiadką w Tłuszczu. Pociąg pełen ludzi, właściwie pociągi były zawsze pełne i ten tłum z pakunkami, siatkami biegł w Tłuszczu do tego który czekał gdzieś podstawiony i miał jechać do Małkinii, a może do Białegostoku. Peron był chyba za krótki i pamiętam, że do ziemi ze stopnia było wysoko, ale nogi nie złamałem, więc chyba nie było bardzo niebezpiecznie tak skakać, a później lecieć do tego drugiego pociągu. Oślepiające słońce, sosnowe zagajniki, szutrowe drogi, zapach benzyny wuefemki, baran w którego kudły wczepiłem się przerażony, słodkie, beztroskie dzieciństwo.2013-06-30 022 2013-06-30 039 2013-06-30 100