Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

W poszukiwaniu ptaka.

Nieszczęście, wściekłość, zawiedzione nadzieje, to wszystko dotknęło klientów Tesco, którzy wydają pieniądze w sklepach po to, żeby móc taniej kupić rozgniewane ptaki, którymi będą strzelać z procy do świń. Do dzisiaj nic o tym nie wiedziałem, do dzisiaj moja wiedza o grze Angry Birds była zerowa, więc sobie skopiowałem z Wikipedii:
„W grze Angry Birds gracze przejmują kontrolę nad stadem ptaków, które próbują odzyskać jaja, które zostały im ukradzione przez złe zielone świnie. Gracze, używając procy, wyrzucają w powietrze ptaki, próbując trafić prosto w świnie lub niszcząc konstrukcje, które po rozpadnięciu odsłonią świnie lub też, rozpadając się, zniszczą również świnie.”
Klienci Tesco jeżdżą po wszystkich okolicznych sklepach w poszukiwaniu pluszaków, rzucają się na pudła i wyrywają sobie towar, walczą jak za najlepszych czasów niedawno przebrzmiałej komuny. Bezzasadne jest pytanie, czy byłoby taniej kupić w sieci to marzenie dziecka od jakiegoś spryciarza, niż tracić czas na ganianie po sklepach i koszt benzyny itd. Walka o towar, niczym walka o przeżycie, a to tylko pluszak…
Nie naśmiewam się, tylko uważam, że tak powinno być. Jesteśmy społeczeństwem dobrobytu, wszystko już w domach mamy, a musimy się czymś zajmować i wściekłe ptaki do zajmowania się czymś są bardzo dobre. Ja wiem, że odezwą się oburzeni, którzy będą nawoływać do objaśniania dzieciom świata i mówienia, że to jest niewiele warte, że lepiej dziecku książkę poczytać, pójść z nim na koncert itd. Obywatel jednak ma prawo robić co chce i jak chce kupić taniej pluszaka, bo hipermarket obiecał, to pluszak ma być i już!
Centrum handlowe jest miejscem, gdzie możemy fajnie spędzić czas, a teraz dzięki nowej modzie mamy cel w życiu – polowanie na ptaka. Takie bezcelowe krążenie wśród półek mogłoby nas nudzić, a tu w celach łowczych zwiedzamy różne dzielnice naszego miasta, możemy połączyć się w grupy myśliwych – jedni pojadą na północ, a drudzy na południe i wieczorem przy grillu i piwie będzie o czy gadać.
Kupowanie jest naszym obowiązkiem, bo przecież coraz więcej wytwarzamy produktów i usług i ktoś musi być tego odbiorcą. Mały, pluszowy ptaszek jest genialnym pomysłem, bo generuje spory ruch (przepływy finansowe, towarowe, daje zatrudnienie agencjom marketingowym, importerom, handlowcom, nowej generacji cinkciarzy pluszowych) i jak się znudzi to nie zaśmieci bardzo środowiska naturalnego. Uważam, że klienci sklepów powinni złożyć pozew zbiorowy przeciwko Tesco o narażenie ich na straty moralne, finansowe i inne (prawnik wymyśli jakie). Sieć nie dotrzymała umowy, bo przecież oni kupili niepotrzebny towar, żeby mieć talony na kupno zabawki, a ptaka w sklepie nie ma, chyba że po znajomości.
A może politycy by się tym zajęli? Sprawa jest równie istotna, jak wiele innych, na które tracą czas, więc niech się zajmą dolą polskiego obywatela ciemiężonego przez hipermarketowego kapitalistę.

Jak żyć? Co wybrać?

Natłok wydarzeń kulturalnych, bo Festiwal Mimów i Chopin z jego Europą i jeszcze dzisiaj zaczyna się Warszawa Singera, który będę oglądał tylko za dnia, bo wieczorem tamte radości.

Mim który gada (tak o Bartłomieju Ostapczuku powiedzieli w jakimś radiu – lubię faceta, ma w sobie masę ciepła) otworzył wczoraj festiwal w Teatrze na Woli. Pierwsze przedstawienie to Szatnia Wrocławskiego Teatru Pantomimy, czyli kolaż z różnych spektakli Tomaszewskiego, a właściwie ich choreografii. Czlowiek, który się nie zna na pantomimie (czyli ja) powinien to obejrzeć, bo taki przegląd twórczości Henryka Tomaszewskiego jest potrzebny każdemu. Było bardzo różnorodnie, od Spidermana do Hamleta, przez daleki wschód i nieme kino i na dokładkę chyba włościanie walczący o dziewki. Interesujący groch z kapustą połączony przez szafki z szatni, które świetnie do wszystkiego pasowały. Mając w planie po zakończeniu przedstawienia lecenie do filharmonii na koncert myślałem o tym, że chciałbym słyszeć żywą muzykę, bo to co było strasznie mnie czasami uwierało, ale to taka moja fanaberia, bo przecież pantomima to nie balet. Oczywiście przy takim retrospektywnym spektaklu to niemożliwe, ale pantomima z żywą muzyką, to dopiero spektakl… może coś takiego jeszcze się wydarzy. Już nie marudzę, bo było świetnie i bardzo jestem ciekaw następnych przedstawień. I jeszcze taka myśl mocna chodzi mi po głowie, że to było ponadczasowe spotkanie Tomaszewskiego z Łomnickim, bo oni byli/ciągle są ważni i Teatr im. Tomaszewskiego wystąpił w Teatrze im. Łomnickiego i szkoda, że nikt o tym nie wspomniał.

Z Woli na Jasną do filharmonii jest 3,6 km. rowerem i nie zdążyłem na początek, ale później słuchałem i zdjęcia robiłem. Lutosławski wymaga ogromnej uwagi, bo konstrukcja jego muzyki jest taka, że nie da się i fotografować i słuchać, ale próbowałem i udawało się. Na koniec był koncert fortepianowy Chopina (cudowny Marc-André Hamelin) i tu radość ogromna, bo we środę wysłuchałem zamiast fortepianu aktorki, a tu było wszystko po bożemu i niech tak zostanie. I jeszcze słowo o dyrygencie Jerzym Maksymiuku, który stał przy wyjściu ze sceny po zakończonym koncercie i każdemu muzykowi Sinfonii Varsovii z osobna dziękował za występ.

Klaskali, bo zawsze klaszczą.

Zdjęć robić zakazali, to obejrzałem i posłuchałem i zarzekałem się kiedyś, że krytykiem nie zostanę, ale po wczorajszym przedstawieniu nie jestem w stanie się powstrzymać. Chopin bez fortepianu w studiu Lutosławskiego w ramach Festiwalu Chopin i jego Europa to koncerty fortepianowe na aktorkę i orkiestrę. Pomysł jest na pewno artystyczny i powinien mi się podobać, bo zawsze mi brakuje na klasycznych koncertach słowa, które objaśnia, przybliża muzykę słuchaczowi. Twórcy znakomici gwarantujący wysoki poziom, bo Barbara Wysocka (aktorka z Krakowa), Michał Zadara (reżyser, laureat Paszportu „Polityki” w 2007) r., Polska Orkiestra Radiowa i Jacek Kasprzyk (dyrygent i dyrektor artystyczny Filharmonii Narodowej) i tylko nie wiem kto to napisał, bo zbitka różnych tekstów, a nie było nic o scenariuszu w programie.

Nie podobało mi się, a wręcz się zmęczyłem, bo to było nieszczęśliwe, długie, napastliwe i nieciekawe. Ja wiem, że to inne spojrzenie, że Chopina trzeba zrzucać z piedestału, bo zagarnął całą kulturę dla siebie i ciągle z lodówki wyskakuje, tylko czy każdy odkrywczy pomysł od razu trzeba wprowadzać w życie? Półtorej godziny biegania po scenie i atakowania trudnym tekstem, który nie jest specjalnie odkrywczy (szacunek dla aktorki, bo wszystko pamiętała). Sensu niewiele i emocji, które zwykle niesie muzyka też bardzo mało. Po wykastrowaniu fortepianiu z koncertów i zastąpieniu go monologiem całość przestała być koncertem fortepianowym, a nie stała się dobrym przedstawieniem teatralnym.

Muzyka Chopina to radość, smutek, emocje. Koncerty fortepianowe bez fortepianu to artystyczna dziwaczność. Jedno mnie tylko zastanawia, że publiczność klaskała długo, więc może ja się nie znam na sztuce prawdziwej i dlatego krytykiem być nie powinienem.

Na wojence może być ładnie.

Dzisiaj jest Święto Wojska Polskiego i Święto Matki Boskiej Zielnej i jeszcze rocznica Cudu nad Wisłą, czyli jak pognaliśmy bolszewików do domu. To wszystko oczywiście cudownie się łączy i wiem to od arcybiskupa Hosera:

– Począwszy od biskupów, a skończywszy na zwykłych prostych ludziach, na terenie stolicy trwała nieprzerwana modlitwa o ocalenie Polski przed nawałą bolszewicką. I zostaliśmy wysłuchani – podkreśla bp warszawsko-praski, nazywając to dowodem wyraźnej ingerencji Opatrzności Bożej w historię krajów i narodów. – W nocy z 14 na 15 sierpnia miał także miejsce cud objawienia się Najświętszej Maryi Panny nad oddziałami Armii Czerwonej, wywołując popłoch w jej szeregach, co jest udokumentowane świadectwami wielu uczestników wydarzeń sprzed 93 lat – przypomniał abp Hoser.

To powyżej skopiowałem z gazeta.pl i teraz już wiem, że niepotrzebnie utrzymujemy naszą armię. W kraju takim jak Polska wojsko jest absolutnie niepotrzebne, bo jeżeli jest nas 95% wierzących katolików, to wystarczy się modlić i każdy wróg jest nam niegroźny. Wyobraziłem sobie od razu, że wojsko w odległej (na nieszczęście) przyszłości będzie nikomu niepotrzebne. Wojna mogłaby się sprowadzić do modlitw społeczeństw zwaśnionych ze sobą. Wiem, że tutaj jest drobny paradoks, bo jak można się modlić, żeby przeciwnika trafił szlag, ale nad tym problemem będziemy się zastanawiać, kiedy przyjdzie czas. Teraz trzeba zacząć od tego, co widziałem w Pruszkowie i dokumentuję zdjęciami. Czołgi i pozostałe żelastwo armijne oddajmy szybko na złom.2013-08-13 019 2013-08-13 021 2013-08-13 023

Coś ważnego?

Przeczytałem w Polityce o niskiej inflacji i groźbie deflacji i wszystko źle. Jak inflacja trochę za duża, to niedobrze bo pieniądze tracą na wartości, a jak za mała to drugie źle bo ceny trzeba obniżać i zyski mniejsze i ludzi trzeba zwalniać. Tak sobie mądry pan Witold M. Orłowski dywaguje, a ja myślę, że tu jest jakiś ogromny błąd w tych jego deliberacjach. Cała ekonomia jawi mi się taka niezmienna przez wieki. Wytwarzanie jest jej podstawą i im więcej produktów dobrze sprzedanych tym lepiej. Towar krąży, pieniądz krąży…. Kiedyś jeden z moich kolegów farmaceutyczno-korporacyjnych rysował graf zależności lekarzy, szpitala, przedstawicieli medycznych i leku, który jego firma produkowała. Zadałem pytanie, które okazało się być głupie:
– gdzie tu jest pacjent?
– Nie ma. Pacjent jest mi tu do niczego nie potrzebny – odparł bardzo zadowolony z siebie mój druh i poszliśmy na obiad.
Pacjent nie jest ważny… Człowiek pracy, który też uważa, że wszyscy mają go w nosie postanowił upomnieć się o uwagę za pomocą przewodniczącego Dudy. Ja przewodniczącemu i związkom nie wierzę, bo oni wszyscy (zwłaszcza związkowe naczalstwo) jawią mi się bardzo podobnie do korporacji wszelakich. Duda pójdzie na Warszawę i będzie robił zamęt przez cztery dni i wszyscy będziemy mieli ich dosyć, aż dostaną to co chcą.
Nie jestem ekonomistą i nie potrafię mądrze dyskutować o sytuacji gospodarczej i wskaźnikach najprzeróżniejszych, które ją określają i mówią trzeba się martwić, bo idzie kryzys, albo jest dobrze bo coś jest dzisiaj ciut większe, niż było wczoraj. Chodź do pracy, ciężko pracuj i będzie ci dobrze, bo dostaniesz pensję i będzie cię stać na to co ci jest potrzebne. To mówią nam media, pracodawcy, korporacje, banki, rząd i coraz trudniej mi się z tym zgodzić. Sklepy są zawalone towarem podobnie jak śmieciowe wysypiska. Jemy więcej i więcej i jesteśmy coraz grubsi, bo jemy mięso mielone w którym mięsa jak na lekarstwo. Korporacje, banki nas oszukują, a my wierzymy w ich reklamy, bo w coś wierzyć trzeba – głupia reklama bankowa z Kondratem, która mówi, że oszczędzasz wtedy, kiedy kisisz pieniądze na koncie, a nie kiedy kupiłeś coś taniej.
Co jest ważne? Wskaźniki czy człowiek? Mamy pracować więcej i lepiej i od tego ma być nam dobrze, a może dobrze będzie korporacji? Wszystko jest na głowie postawione. Przecież towaru jest tyle, że wystarczy dla następnego pokolenia. Może powinniśmy pracować tylko cztery dni w tygodniu, tak jak to jest podobno w Holandii (oczywiście jeszcze nie wszyscy Holendrzy tak robią). Nie mam dobrej recepty. Niewidzialna ręka rynku zawiodła, chodzenie na wybory ma dla mnie tylko taki wymiar, żeby nie dopuścić wariatów do rządów.
Byłem w Pińczowie, gdzie przed wojną Żydów było ponad 2/3, a teraz została po nich synagoga i opaski z gwiazdą Dawida w muzeum. Dlaczego ja o tym Pińczowie? Wszystko przemija i niewiele rzeczy jest ważnych.
2013-07-23 005

Rodacy, możecie mieć miejsca pracy!

Od dłuższego czasu gnębi mnie myśl, jak tu przerobić naszą kochaną ojczyznę na krainę ogólnej szczęśliwości i chyba mam pomysł. Znaczącą inspiracją w moim dochodzeniu do tej idei był artykuł w Polityce o badaniach profesora Czapińskiego. Z tych badańwynika, że Polak szczęśliwy jest osobno. Nie jesteśmy absolutnie zainteresowani sytuacją na zewnątrz naszej rodziny, czy kręgu przyjaciół. Wystarczy, że nam jest dobrze i więcej nie trzeba. Pełna micha, działający telewizor (61% Polaków w wolnym czasie lubi oglądać telewizję, 29% lubi spać, a 28% preferuje nicnierobienie) to wystarczy nam do szczęścia. Wszelkie nasze buntowanie jest wtedy prawdziwe, gdy władza chce nam zabrać to co nasze i do czego się przyzwyczailiśmy i dlatego uważam, że wszelkie pomysły, żeby przeznaczać pieniądze unijne i nasze podatki na aktywizację wszelaką są bez sensu. Mój pomysł jest bardzo prosty: powinniśmy wszystkich, którzy pracy nie mają, a chcieliby ją mieć zatrudnić w urzędach. Jednego dnia wszystkich, oczywiście znienacka, przekształćmy w urzędników. Dlaczego nagle?Boję się, że to mogłoby się tak wszystkim spodobać, że niektórzy przesiębiorcy porzuciliby swoje interesy chcąc dołączyć do nowych, szczęśliwych biurokratów. Przedsiębiorcy i ich pracownicy są w moim pomyśle w jego początkowym okresie realizacji absolutnie niezbędni w miejscu w którym są, bo musimy pomysł jakoś sfinansować. Właśnie finansowanie nowej rzeszy urzędników musi mieć swoje źródło i tu nie widzę dużych problemów. Pieniądze będą z podatków i z Unii Europejskiej, bo już nie będziemy potrzebować kasy na aktywizację (wszyscy potrzebujący zostaną przecież zaktywizowani w jednej chwili), tylko na utrzymanie tej nowej aktywności w ruchu. Nowi urzędnicy wesprą starych w pisaniu wniosków i oczywiście w konsumpcji wszelkich dotacji. Mój pomysł tak na prawdę nie jest specjalnie nowatorski, bo jest on realizowany po cichu od lat przez kolejne ekipy rządowe i nie tylko. W ciągu ostatnich 25 lat liczba urzędników wzrosła trzykrotnie, a w ministerstwach panuje moda na mianowanie nowych wiceministrów i pełnomocników (wiadomosci.nf.pl). Przodują Ministerstwo Finansów (24 pełnomocników) i Sportu (Pani Mucha w samym 2013 mianowała już ponad 20). Oni, ci pełnomocnicy robią coś za ministra, lub ministrę. Ostatnio w Warszawie został mianowany dyrektor od estetyki miasta. Zawsze myślałem, że tą dziedziną zajmuje się architekt miejski, albo urbanista, a tu proszę miasto jest brzydkie, bo nie było odpowiedzialnego za estetykę. Teraz już będzie tylko pięknie, bo mamy urzędnika od piękna. Następnym krokiem musi być stworzenie urzędu od pustostanów, bo jak będzie ktoś się zajmował pustostanami, to one zostaną przerobione w większości na biura dla nowej armii urzędniczej i pustostany same znikną. Oczywiście mam pomysły na nowe urzędy, ale to jest absolutnie niepotrzebne, bo nowi urzędnicy dadzą sobie radę sami i szybko znajdą różne zajęcia i tylko się boję, że zaraz trzeba będzie zatrudniać nowych biurokratów, bo ten urzędniczy żywioł rozrasta się przez pączkowanie jak jest niczym nie ograniczany. To jest kłopot w jakiejś nie do końca widocznej dla mnie przyszłości, więc nie będę tym się teraz zajmował.

5X0A7191

Na zdjęciu korytarz sejmowy, w którym pomieści się wiele nowych biurek.