Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Heniek “Głowa” Kosiński, czyli o udrękach (nie)szczęśliwego malarza.

Dupa, kurwa, dupa!!!! No kurwa nic nie siedzi, spierdoliłem. Wszystko jest jak trzeba, a za chuja niepodobny. Wysyłam Dominikowi, Kucharkowi, Jackowi, Ance, Olce i komu się da i nikt nie dzwoni, a ja latam, wkurwiam się, domalowuję, wybielam, kicha. Nie mogę już. Idę czytać Dżerziego Głowy, ale to też chujowy pomysł. Kosiński to świr, Głowacki trochę chyba mniejszy, książki czytać spokojnie się nie da. Sudoku se rozwiążę. Kurwa, nie chce mi się.

Dzwonię do Dominika, ale on wieczorem dopiero będzie mógł popatrzeć.

Dzwonię do Adama;

– co widzisz? – pytam.

– Hendrix, albo Lionel Richie.

– cholera Heniek, ale coś nie taki mi wyszedł.

– jadę, to nie bardzo widzę. Ja Hendriksów z tysiąc namalowałem, ale fotograficznie bardzo. Zobacz usta bo jakieś takie nie takie.

– dzięki, zobaczę.

Usta kurwa, ma rację. Górna warga za gruba. Na biało i na czarno, lepiej już. Czytam znowu Dżerziego o Maszy. Ci Rosjanie to straszne szajby i jeszcze ta cała mafia. No ja pierdolę, bandyta, który płacze nad obciętym łbem innego bandyty, którego zabił, a Masza nogi rozkłada, bo w nią wódkę wlewają – no kurwa ruskiego ojca chrzestnego se Głowa zmyślił. Dżerzi przebiera się za taksówkarza i żre cebulę w knajpie, wcześniej chowająć się pod stół przed kelnerem. No świr, kurwa świr.To też kurwa musiał zmyślić, przecież chyba nie na prawdę. Kompletna chujnia, a ja to czytam, żeby się uspokoić w malowaniu, bo Heńka nie mogę utrafić. Oszalałem, jakieś wiersze powinienem wziąć, albo relanium jakieś.

Dzwonię do Jacka. Gadamy. Dla Jacka to był Hendrix, więc spoko. 

Dominik radzi pysk mu trochę odchudzić i cienie poprawić z mojej prawej. Poprawiam, jest lepiej, trochę wyluzowałem. Wysyłam Jackowi i Dominikowi całe obrazki i jeszcze dalej poprawiam i czarne i białe i dźgam i mażę i grubo jest i chyba starczy. I jeszcze liść maryśki dolecę w środku i zieleń durna, trzeba zamalować i znowu na biało i niech schnie i wreszcie ta sap pasi. 

I wreszcie jest, mam go. Wszystko siedzi. Gut.

Manuela.

Zadzwoniła Manuela, bo każdy z nas chciałby cieszyć się dobrym zdrowiem. To mi powiedziała, a ja odpowiedziałem, że cieszę się dobrym zdrowiem i odwiesiłem domofon. Chyba powinienem żałować, bo przecież myślę często, że fajnie byłoby rozmawiać o dobrym zdrowiu i innych ważnych sprawach, a nie durnotach telewizyjnych. Z drugiej strony wiem, że Manuela chciała mnie zbajerować do przystąpienia do Świadków Jehowy, lub innego klubu podobnej proweniencji. W Pruszkowie (mieszkam tu teraz) raczej nie ma domokrążców sprzedających towary typu suplementy diety itd. Tutaj domokrążcy sprzedają marzenia, które mają spełnić się po śmierci. Pani  fotografka, która zrobiła mi zdjęcia do paszportu, też była Świadkiem J. Oczywiście spytałem, dlaczego wierzy. Odpowiedź mnie zachwyciła: myśli pan, że bez boskiej pomocy by się takie cuda na ziemi działy? Jeszcze troszkę próbowałem polemizować, chciałem zasiać w serduszku młodego dziewczęcia ziarnko zwątpienia, ale nie było szans. Była nieugięta. Te samochody po drogach jeżdżące, te piękne budowle, rakiety bez pomocy Pana Boga? Ech, tylko żal, że z takim entuzjazmem nie potrafię bronić swoich racji. Argumentu, że nie ma żadnych logicznych przesłąnek na dowód istnienia PB, nie da się powiedzieć z żarem w sercu i ogniem w oczach. I dlatego, chociaż trochę mi żal, jak Manuela znowu zadzwoni domofonem, też jej nie wpuszczę, bo ani ona, ani ja poglądów nie zmienimy, a tylko stracimy czas. Ona ma to pewnie wpisane w harmonogram życia, ale mnie się nie chce go marnotrawić.

Wódka za mną chodzi, czyli jak się niekulturalnie zachowałem.

Wódka za mną chodzi – tak mówi Ferdek Kiepski. Za mną też chodzi, ale nie wódka tylko kasa, a konkretnie kasa dla artysty, czyli moja. Zacząłem pokrętnie i trochę bez sensu, ale wkurzony jestem i dlatego tak tym Ferdkiem pojechałem, zwłaszcza, że Kiepskich oglądam bo jestem ich fanem. Do rzeczy…

Podjąłem jakiś czas temu decyzję, że zajmować się będę głównie tym co mnie interesuje, rajcuje, co lubię. Teraz jest to malowanie, więc maluję, rysuję, chcę o tym rozmawiać i już. Mówię tu o pracy, bo malowanie, a także pisanie to oczywiście praca. I od tej mojej decyzji wszyscy się pytają, czy można z tego wyżyć, ile obrazów sprzedałem itd., aż ostatnio jednej miłej pani odburknąłem, że to pytanie nie na miejscu. Czy ja się tej pani spytałem ile ona ubezpieczeń sprzedała i jak się z tego żyje? Nie spytałem, bo po pierwsze mnie to nie interesuje, a po drugie to byłoby niegrzeczne. Syn tej pani chce iść na ASP i ona dlatego tak dowcipnie się dopytywała, dodając, że pewnie go będzie musiała utrzymywać. Nie moja sprawa. Pani jednak nie wpadła na to, żeby zobaczyć co maluję, żeby zakupić landszafcik jakiś drobny, tylko do kieszeni chciała mi zajrzeć. Trochę się pastwię nad kobietą, która była bardzo miła, ale w złym momencie mi się napatoczyła. Jeden Wiktor W. przez ostatnie kilka miesięcy nie zapytał o te sprawy, tylko gadaliśmy o tym co nas kręci. Wiktor to psycholog i na dokładkę miał kiedyś żonę malarkę, więc może dlatego nie był wścibski. Nie pytajcie artysty, czy z tego co robi da się żyć, tylko załatwcie mu robotę, kupcie obraz, książkę, załatwcie koncert. On się nie pyta, czy macie co do gara włożyć. 

Postanowiłem napisać ten krótki tekst, żeby pytających mieć gdzie odsyłać. I odpowiadam, że po pierwsze primo: żyć się z tego da, albo nie, a po drugie primo: sprzedałem, a ile to nie powiem

Myślałem, że jeszcze napiszę trochę ogólnie, bo problem jest poważny, ale przypomniało mi się, że kiedyś powoływałem się na Kazika, który śpiewał, że artysta głodny jest wiarygodny. Z tego mojego tekstu jeden urzędnik miejski wysnuł wniosek, że nie trzeba artystom płacić. I dlatego na tym zakończę, bo to i tak nic nie da. Świata pan nie zmienisz, jak mawiał poeta.