Buduj(e)my pomniki.

Kreacja to siła, która mnie napędza. Chodzę na wystawy, do teatru, kina, żeby patrzeć, podglądać, inspirować się. Chodząc po Łodzi zobaczylem piękną rzeźbę, szklaną kompozycję, która wymagała smaku i poczucia piękna od twórcy, a być może twórców. Nieznani artyści zostawili swoje dzieło dyskretnie na zapleczu jednej z kamienic przy ulicy Pomorskiej. Myślę, że akt tworzenia tego dzieła przysporzył im wiele radości, być może nawet śpiewali, a z pewnością poruszyli ważne tematy życiowe, jak to zwykle robią twórcy w czasie pracy. Tworzenie takich dzieł jest w naszej ojczyźnie dzisiaj bardzo ułatwione przez obowiązujące prawo. Dostępność alkoholu w postaci małpek jest absurdalnie łatwa. Towar jest tani, na wyciągnięcie ręki. Piją wszyscy, całą dobę i prawdopodobieństwo zobaczenia innych, tak pięknych kompozycji wzrasta z każdą chwilą.

Drugie dzieło znalazłem w lesie i chętnie nazwałbym je pomnikiem nieznanego kierowcy, a może właściciela samochodu. Dzieło składa się z czterech opon malowniczo porzuconych na skraju zagajnika. Widziałem je już tydzień temu i wtedy zwróciło moją uwagę. Trzy opony leżą blisko siebie, a czwarta trochę dalej i dzięki temu oddaleniu kompozycja nabrała powietrza, choć z drugiej strony o powietrze w lesie nietrudno. Artysta samochodziarz, który stworzył dzieło z pewnością kocha swoje auto. Zmienił opony i nie mógł i się ich pozbyć w sposób beznamiętny, wyrzucić po prostu na śmietnik. Prawdopodobnie jest to właściciel domku jednorodzinnego i już ma ogrodzony dziecięcy plac zabaw oponami, a także huśtawkę z opony. Postanowił wyjść ze swoją twórczością na zewnątrz i stworzył kompozycję przestrzenną, którą każdy zbieracz grzybów, cyklista, czy piechur spacerujący po Brusie może podziwiać.

Kochamy pomniki, stawiamy je gdzie się da, albo i nie da, a pcha nas do ich budowy siła wyższa, mus jakiś niepojęty. Tylko my stawiamy setki pomników jednemu z najgorszych prezydentów, jaki nam się zdarzył. Tylko my postawiliśmy ponad 700 pomników naszemu papieżowi, który poniósł wielkie zasługi w rozprzestrzenianiu się epidemii AIDS w Afryce. Podobno Telewizja Polska, ta publiczna, chce zrobić film o Zenku Martyniuku. Czekam na jego pomnik, bo z pewnością zasłużył.

Nigdzie nie wyjeżdżam.

Sobotnia przejażdżka rowerowa po łódzkich lasach przyniosła mi myśl, że nie można z Polski emigrować. Tu, w naszej ojczyźnie moi rodacy codziennie mnie inspirują do pisania i malowania. Myślę, że tylko bracia Słowianie zrozumieją koncepcję parkingu leśnego na jedno własne, ukochane autko. Żaden Szwed, ani praworządny Niemiec nie wygrodziłby sobie sznurkiem kawałka lasu.

Płaska ziemia w szkole polskiej.

Płaskoziemcy to tacy, którzy wierzą, że ziemia jest płaska, a może nie wierzą w jej okrągłość. Nie dooglądałem do końca filmu o nich, bo mnie znudził. Przestałem oglądać, gdy jeden z czołowych ideologów tego ruchu przekonywał, że oni mają rację, bo naukowcy boją się z nimi rozmawiać i dlatego jest coś na rzeczy. Na mój rozum naukowcy z nimi nie rozmawiają, bo to nie ma sensu. Po co rozmawiać z każdym, który wymyśli sobie jakąś bzdurę, szkoda czasu. 

To się dzieje w Ameryce, a my jesteśmy w Polsce, my jesteśmy mądrzy, mamy swoją edukację i w takie bzdury nie wierzymy. I tu mnie zatrzymało, bo czy aby na pewno tacy mądrzy jesteśmy?

Ostatnio przeczytałem książkę o kreacjoniźmie. Pięknie wydana, w eleganckiej błękitnej okładce z ładnymi ilustracjami. Czyta się świetnie, bo napisana prostym językiem i wszystko dobrze wyjaśnia. To jest książka dla Świadków Jehowy, dzięki której oni wiedzą, że świat zmajstrował Pan Bóg i mają argumenty do rozmowy z niewierzącymi. Książki niedoczytałem, bo pod koniec zaczyna się prosta, wręcz prostacka propaganda jacy to Świadkowie są najlepsi, więc musiałem przerwać. 

Książeczka ma tytuł „Jak powstało życie?” i podtytuł „Przez ewolucję czy przez stwarzanie” i serdecznie polecam przeczytanie. W świecie permanentnej manipulacji, hejtu, ta książka jest wręcz zabawna w swej metodzie tłumaczenia świata. Spór dwóch naukowców co do teorii ewolucji jest argumentem na to, że Darwin mógł nie mieć racji. Oko jest zbyt skomplikowane, żeby tak po prostu powstało itd., itd. Musiał być inteligentny projektant, który to wszystko wykombinował. Czytając dzieło sprawdzałem sobie poszczególne kwestie w sieci i dość łatwo udawało mi się znaleźć potwierdzenia konfabulacji, czy też prostych kłamstw. 

Teraz czytam książkę pod tytułem „Nauka a kreacjonizm” z podtytułem „O naukowych uroszczeniach teorii inteligentnego projektu”. Jest to szesnaście esejów amerykańskich naukowców z różnych dyscyplin, którzy pochylili się nad ID, czyli inteligentnym projektem. Te eseje zebrał John Brockman i chwała mu za to. Książka ( rok wydania 2006) jest reakcją na chęć wprowadzenia do szkół w stanie Kansas kreacjonizmu. Autorzy mają problem z zadanym tematem, czyli dyskusją z kreacjonizmem. Nie chcą tego robić, bo trudno im dyskutować z pomysłem, który w żaden sposób nie aspiruje nawet do teorii naukowej. Robią to jednak, bo na sercu im leży przyszłość ich kraju i są przerażeni, że ktokolwiek mógł wpaść na taki pomysł (prezydent i jakiś kardynał bardzo wspierają tę ideę).  Książka nie jest łatwa, muszę czytać kilka razy niektóre akapity, sprawdzać w sieci słownictwo. Dużo łatwiej było w podręczniku Świadków Jehowy. Tam byłem prowadzony jak po sznurku do oczywistych wniosków. 

I teraz kilka słów o polskiej szkole, w której mamy religię, czyli wykładamy kreacjonizm na równych prawach co teorie naukowe. Nie jest ważne, jak mądry będzie ksiądz, czy też inny nauczyciel tego przedmiotu. Do szkoły wpuściliśmy nauczanie czegoś, co nie jest w żaden sposób potwierdzalne, weryfikowalne. Wychowujemy ludzi, którzy mają przyjąć na wiarę dogmaty religijne. Zrównaliśmy religię z matematyką, biologią i innymi naukami. Szkoła powinna dać dziecku narzędzia do racjonalnego dyskursu z nauczycielem, któremu mały kilkulatek wierzy bez zastrzeżeń. Dziecko wierzy nauczycielowi, księdzu, a być może księdzu wierzy bardziej, bo za nim stoi cały obrządek kościelny, te coniedzielne przedstawienia teatralne w kościele, rytualne klęczenia, modlenie się do Pana Boga. Tata z mamą klękają przed gościem przybitym do krzyża, który ponoć dal sobie to zrobić dla nas. Tego nie da się zrozumieć, w to trzeba uwierzyć. Ja zostałem tak głęboko zindoktrynowany przez wychowanie w wierze katolickiej, że dopiero będąc dorosłym byłem w stanie pozbyć się tego garba. Jedna trzecia Polaków wierzy w to, że człowiek został stworzony od razu w obecnej postaci. Większość prawdopodobnie się nad tym nie zastanawia i dlatego mogą z tym żyć. 

Podobno Pan Tadeusz Mazowiecki żałował decyzji o wprowadzeniu religii do szkół.

Dobre obyczaje.

Wkurzyłem się. Poseł Kaczyński mnie wkurzył. Poseł Kaczyński objaśnił mi, że latanie marszałka Kuchcińskiego prawa nie łamie i dobrym obyczajom też nie uchybia. Co do prawa to jest to oczywiste. Nie po to się rządzi, żeby takiej ważnej osobie można było udowodnić łamanie prawa.
Z dobrym obyczajem jest inaczej, ale nie do końca. Dobry obyczaj był w polskim systemie prawnym już przed wojną i wrócił do niego w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Socjalizm po wojnie posługiwał się pojęciem tożsamym, czyli zasadami współżycia społecznego. Ustawodawca zamieszczając te pojęcia w różnych aktach prawnych odwołuje się do takich wartości jak: życzliwość, uczciwość, podstawy zaufania itd. To są pojęcia nieostre, czyli jak żona marszałkowa, albo koleżeństwo poselskie chciało lecieć, a to nie było zabronione w sposób jednoznaczny, to “uczciwy” marszałek zabierał całe towarzystwo do powietrznej taksówki i sruuuu na dożynki, odpust, lub na badmintona. Uczciwy bo kasiory od pasażerów nie brał i życzliwy, bo o swój rewir tak dbał, że samorządowcy się za nim wstawili, bo dobry z niego pan. Zrozumiałem też koncept marszałka, że kasę za loty daje na Caritas, a nie do kasy przewoźnika. Jakby kasę oddał do skarbu państwa, to by się przyznał do szachrajstwa, a tak szmal zapłacił i do nieba pójdzie bez przystanku w czyśćcu.
Chciałem napisać jeszcze, czym dla mnie jest dobry obyczaj, ale to nie ma sensu. Ja nie zdołam wytłumaczyć posłowi Kaczyńskiemu, że czarne jest czarne i co to są dobre obyczaje, przyzwoitość, kindersztuba, bo to się po prostu wie. Polityk jest tak uwikłany w najróżniejsze kompromisy, układy, że nie jest w stanie funkcjonować w sposób uczciwy. Interesy partyjne, władza są najważniejsze i już.
Po wydarzeniach w Białymstoku namalowałem taki plakat, który w aktualnej kampanii wyborczej jest bardzo na miejscu.
P.S. Pisząc o dobrym obyczaju, korzystałem ze strony: https://e-prawnik.pl/porady-prawne/dobre-obyczaje-i-zasady-wspolzycia-spolecznego.html?fbclid=IwAR1ZeeaNXNT2r9PRaDf3cbBodG8LlZ58H3sp2Al_3g6v1KUWYkmGnnIP25I

TR FABRYKA

Fangor kiedyś na pytanie dlaczego przestał malować koła, odpowiedział, że już umie. 

Uroczystość Jarzyny. Grają to od 17 lat. Obsada podobno ciągle ta sama: Peszek, Cielecka, Chyra, Stenka, Dałkowska i inni. Reżyser najlepszy, aktorzy najlepsi. Cielecka gra podlotka tak jakby tym podlotkiem była, Stenka niepokorna, wręcz obsceniczna, inni równie znakomici, praca wykonana doskonale. Produkt sceniczny w stu procentach zasługuje na zapłatę za bilety i publiczność to uznaje, klaszcze na stojąco. Aktorzy radośnie przyjmują pochwały, biegają po scenie, uśmiechają się słodko. Entuzjazm. Ja też wstałem, klaszczę trochę.

Jedziemy autobusem zafundowanym przez teatr do miasta i pytam sąsiadów jak im się podobało. Mówią świetna robota reżyserska, robota aktorska, wszystko jak trzeba. To są wyjadacze teatralni, dwa razy w tygodniu spektakl, wiedzą jak sztuka powinna wyglądać. Ja bywam rzadko, więc może nie wiem, może się nie znam. 

Nie przemawia, nie walnęło, a walnąć miało. Przemoc w rodzinie, wykorzystywanie seksualne dzieci, wielkie problemy, a jakieś bez wyrazu w tej sztuce. Polska jest krajem, gdzie przemoc domowa ma się dobrze. 30 000 zgłoszonych gwałtów rocznie, liczba Polek bitych w domu może sięgać 800 000, a raz na dwa dni jedna jest zabijana. W każdej 25-osobowej klasie jest trójka dzieci, które doznaje przemocy seksualnej. To wiedza, która dostępna jest dla każdego, ale chyba nie dla twórców przedstawienia. Oni grają to tak, jakby świat się nie zmienił przez ostatnie lata, jakby to co odkrywają przy urodzinowym stole miało zaskoczyć widza. Mnie nie zaskoczyło. Wszystko było takie perfekcyjnie zagrane, tak pięknie dopracowane, takie absolutnie teatralne, takie nieprawdziwe. Ja wiem, że to teatr, a nie prawdziwe życie. Ja wiem, że to nie jest film amerykański, w którym Pacino jak gra ojca rodziny, to nie jest aktorem, który gra ojca rodziny, tylko tym ojcem jest. Peszek jest aktorem, który gra ojca rodziny, Chyra gra syna itd… Nie ma żadnych wątpliwości, że to są wyśmienici aktorzy, którzy dostali zadania aktorskie i je dobrze wypełniają. 

Czepiam się, bo postanowiłem sobie chodzić do teatru, bo mamy wspaniałych, uznanych na świecie reżyserów i ja chcę się od nich uczyć, chcę żeby mnie inspirowali. Nie zadziałało, nie zainspirowało niczym pozytywnym, a właściwie to chyba piszę nieprawdę, bo jednak o Uroczystości od kilku tygodni myślę, nie daje mi ona spokoju. Jest przecież druga strona medalu, ta tytułowa: FABRYKA. Przedsiębiorstwo produkcyjne ma dać produkt, który dobrze się sprzeda i wskutek tego osiąga się sukces finansowy. TR wyprodukował przedstawienie, które od 17 lat sprzedaje, osiągając pozytywny wynik finansowy. Aktorzy nie muszą się uczyć tekstu, scenografia nie jest specjalnie skomplikowana, produkt doskonały. Zastanawiam się jak to jest być aktorem. Co robi aktor, który umie wszystko na pamięć i o swojej roli wie wszystko? Co powiedziałby Stuhr, który gra Kontrabasistę już 33 lata i ciągle sukces? Czy jak już aktor wie wszystko, to jest sens dalej to robić? Chyba sens jest, bo dzieci w domu, żona/mąż mają swoje potrzeby, zarabiać trzeba.  Ostatnio jeden z moich kolegów zadał mi pytanie, co to znaczy bycie uczciwym w sztuce. Moja odpowiedź, po tygodniu myślenia, była dość trywialna: artysta jest uczciwy, gdy to co robi, go kręci.

Pies, a sprawa polska. Podtytuł: czytając Różewicza.

Czytam ostatnio Tadeusza Różewicza i zachwycam się. Nie czytałem go chyba nigdy. W teatrze byłem na Białym małżeństwie (Teatr Mały), ale to pewnie dlatego, że po scenie latała naga kobieta w latach, kiedy nagość na deskach teatralnych była zjawiskiem dość rzadkim. Jak zwykle wszystko mi się ze wszystkim kojarzy w sposób przedziwny i dzisiejsza sytuacja polityczna kojarzy mi się z Kartoteką w sposób oczywisty. Różewicz narzekał, że nikt jego uwag do wystawiania sztuki pod uwagę nie bierze. Bohater Kartoteki miał się nie dać uwikłać w akcję, miał nie wziąć w niej udziału. Różewicz miał za złe Becketowi, że w Godocie jego bohaterowie są za bardzo wygadani i dlatego bohater i inni ważni Kartoteki mieli ustąpić pola mniej ważnym. 

Pan Tadeusz nie żyje od trzech lat i nie wiem, czy byłby zadowolony z obecnych rządów, czy w ogóle zajmował się polityką, ale Polska idzie teraz w/g jego uwag do Kartoteki. Jacyś dziwaczni, zupełnie nieważni nami dowodzą, drą się wszędzie, gdzie się da. Ci mądrzy pochowali się pod kołdry, tak jak Bohater i robią swoje, bo tylko to pod kołdrą robić można. 

Mnie te uwagi Różewicza natchnęły do nadania nazwy obrazowi nieprzedstawiającemu. Postanowiłem namalować obraz, który nie będzie nic przedstawiał, tylko siebie, ot po prostu obraz i cały czas przy malowaniu pętał mi się w głowie czarny, kudłaty kundel pies. Ten pies koniecznie chciał się na obrazie znaleźć, nawet w takiej jakiejś małej formie, gdzieś w kącie. Kolorystycznie do obrazu pasował, bo tam są czarne linie, a on czarny i linie czerwone, a on jęzor i siurek ma tym samym kolorem malowane, więc pchał się bez opamiętania. I teraz, realizując uwagi Tadeusza Różewicza, jestem zadowolony, bo bohater mojego obrazu na obrazie się nie znalazł. 

Niezłomny Jakub Szela.

Przypomniał mi się dzisiaj Jakub Szela i przeczytałem sobie o nim w Wikipedii. Jakub wziął udział w rabacji/rzezi galicyjskiej, czyli chłopi rżnęli panów w walce o lepsze jutro. Szlachta nie chciała odpuścić pańszczyzny. Austriacy bali się powstania polskiego, więc napuścili chłopów na ich właścicieli i wojna polsko-polska była jak trzeba. Bardzo to jest ciekawa historia, która mówi mi, że nie ma nadziei dla polskiego narodu i że zawsze już będziemy w ciemnej d…. Istnieją dwie legendy o Szeli: biała i czarna. W jednej to bohater chłopski, który chciał zlikwidować pańszczyznę, a w drugiej cham zabijający rodaków. 

Nie ma sensu przyrównywać, kto jest kim w dzisiejszym sporze, bo to tylko ten spór zaostrzy. Mnie jak zwykle dziwi jedno. W 89 roku łbów sobie nie pourywaliśmy, nikt nie zginął, siedliśmy przy stole i się dogadaliśmy.

P.S. Wikipedia pisze, że w wyniku rzezi galicyjskiej upadło powstanie krakowskie i nastały głód i zaraza.

Na Burakowskiej mi się zdarzyło.

W piątek pojawiło się na fb, że tuż obok, na Burakowskiej, wystawa i oprowadzanie kuratorskie – myślę pojadę.

Burakowska kojarzy mi się z zamierzchłymi czasami lat 90, kiedy traki z towarem do oclenia przyjeżdżały tam właśnie i w kolejce się stało, żeby pan celnik obejrzał i żeby można było handlować. Nie będę tutaj pisał, o której w tej kolejce trzeba było stanąć, bo nikt w to nie uwierzy. I staliśmy, i dokumenty były niedobrze wypełnione, świadectwo sanepidu było, albo jakieś stare, plandeka przecięta, coś ukradli, pan celnik dostał coś do spróbowania i rodzina i koledzy celnika też. Jakie czasy, taka kolejka.

Czyli jadę, śpieszę się, bo napisali, że oprowadzanie ma się zacząć o 14 i ja jak zawsze spóźniony, to może do grupy się podłączę, albo z następną będę oprowadzany. Przyjeżdżam, a tu pustość, zero zwiedzających, jacyś młodzi gadają przy stole, mówią żebym se na rowerze jak chcę wjechał i pooglądał. Jak na rowerze? przecież ja artysta też to nie honor tak na rowerze, więc rower przed halą zostawiam, ale nie zapinam, bo znowu honor nie pozwala i idę oglądam i widzę, że rzeźba z gąbki, jakby Jan Kucz profesor mi znajomy zrobił, więc gadam z dziewczyną, a ona Kucza zna fajna dziewczyna to pytam, czy chcą żeby może profesor przyjechał popatrzył a ona mówi, że pewnie, bo on znaczy profesor kiedyś rzeźbę widział i podobała mu się ale na pewno nie pamięta bo dawno było i taki wysoki dołączył i też Kucza zna i mówi, że fajnie by było więc dzwonię do Konrada do syna i on mi wysyła numer itd i już jest wieczór i ja taksówką z profesorem jestem znowu i tym razem jest kuratorskie oprowadzanie. Flaszkę wina przywiozłem dziewczęta zrobiły kanapki i imprezka profesor szczęśliwy o Daviesie opowiada i o niemądrych biskupach i dzień udany bardzo.

.

Dzień z życia mieszkańca Pruszkowa.

Wczoraj

Noc. Krysia rozmawia z Andrzejem (Hawaje). Opowiada o moim prasowaniu koszul u niej. Nie kupię żelazka, bo by odszedł jeden z powodów chodzenia do niej.

6.30 – obudziłem się. Mogę jeszcze spać, ale dzisiaj lekarz, Warszawa.

7.00 – herbata…

9.30 – lekarz. Młody, przepytuje mnie, stara pielęgniarka asynchronicznie gada swoje. Doktor mnie chwali, że mam taką fajną prostatę w moim wieku, chwali mnie z palcem w mojej dupie. W sumie spoko. Zapisałem się na wizytę za rok, jeszcze nie ma kolejki.

Idę na Smolną. Dzwonię do Wiesława. Na urodzinach Jarka był smutny, taki jakby przygnieciony wiekiem, ale dzisiaj tryska entuzjazmem, zajęty bardzo. Nie ma czasu na spotkanie, nie muszę go ratować, fajnie.

Smolna. Śniadanie u Matyldy, później śledź u Jarka.

Wandzia. Smutna (Jurek w szpitalu), ale już wesoła. Wspominamy 89 rok z nadzieją, że jeszcze może się coś takiego w naszej historii wydarzy, że może jeszcze kiedyś nie będziemy się wyrzynać. Wiersz napisała polityczny, zabawny. Poprosiłem dziewczęta o chodzenie do Wandzi i rozmawianie. 

Siedzę na Smolnej, siedzę w internecie. Czas płynie, coś tam robię, czas umyka.

Foksal. Dziewczęta malują. Renata mnie zaprosiła do pokazywania obrazów na fb. Pokazuję, zapraszam Adama.

Atlantic. Spotkanie z Fidykiem. Grażyna Torbicka mówi dużo, redaktorka Ola trochę mniej, Fidyk gada mało, zadowolony, że nie musi, a one dają radę. Spotykam Franciszka Maśluszczaka. Gadamy o tym, że film się Fidykowi sam układa, że on za nim idzie. Obraz też się sam maluje, moje bajki też. Nie można się im sprzeciwiać. Muszę jechać do Cegłowa. Opowiadam chyba drugi, lub trzeci raz anegdotę o mojej mamie, a oni (pani Basia i F.) grzecznie słuchają i się śmieją.

Ola. Uczymy się. Sypię anegdotami, ach jaki ja jestem elokwentny. Marlon Brando, masło, Ostatnie tango w Paryżu i inne. Tych filmów jest tyle, wszystkie ważne. Masakra. 

Heniek “Głowa” Kosiński, czyli o udrękach (nie)szczęśliwego malarza.

Dupa, kurwa, dupa!!!! No kurwa nic nie siedzi, spierdoliłem. Wszystko jest jak trzeba, a za chuja niepodobny. Wysyłam Dominikowi, Kucharkowi, Jackowi, Ance, Olce i komu się da i nikt nie dzwoni, a ja latam, wkurwiam się, domalowuję, wybielam, kicha. Nie mogę już. Idę czytać Dżerziego Głowy, ale to też chujowy pomysł. Kosiński to świr, Głowacki trochę chyba mniejszy, książki czytać spokojnie się nie da. Sudoku se rozwiążę. Kurwa, nie chce mi się.

Dzwonię do Dominika, ale on wieczorem dopiero będzie mógł popatrzeć.

Dzwonię do Adama;

– co widzisz? – pytam.

– Hendrix, albo Lionel Richie.

– cholera Heniek, ale coś nie taki mi wyszedł.

– jadę, to nie bardzo widzę. Ja Hendriksów z tysiąc namalowałem, ale fotograficznie bardzo. Zobacz usta bo jakieś takie nie takie.

– dzięki, zobaczę.

Usta kurwa, ma rację. Górna warga za gruba. Na biało i na czarno, lepiej już. Czytam znowu Dżerziego o Maszy. Ci Rosjanie to straszne szajby i jeszcze ta cała mafia. No ja pierdolę, bandyta, który płacze nad obciętym łbem innego bandyty, którego zabił, a Masza nogi rozkłada, bo w nią wódkę wlewają – no kurwa ruskiego ojca chrzestnego se Głowa zmyślił. Dżerzi przebiera się za taksówkarza i żre cebulę w knajpie, wcześniej chowająć się pod stół przed kelnerem. No świr, kurwa świr.To też kurwa musiał zmyślić, przecież chyba nie na prawdę. Kompletna chujnia, a ja to czytam, żeby się uspokoić w malowaniu, bo Heńka nie mogę utrafić. Oszalałem, jakieś wiersze powinienem wziąć, albo relanium jakieś.

Dzwonię do Jacka. Gadamy. Dla Jacka to był Hendrix, więc spoko. 

Dominik radzi pysk mu trochę odchudzić i cienie poprawić z mojej prawej. Poprawiam, jest lepiej, trochę wyluzowałem. Wysyłam Jackowi i Dominikowi całe obrazki i jeszcze dalej poprawiam i czarne i białe i dźgam i mażę i grubo jest i chyba starczy. I jeszcze liść maryśki dolecę w środku i zieleń durna, trzeba zamalować i znowu na biało i niech schnie i wreszcie ta sap pasi. 

I wreszcie jest, mam go. Wszystko siedzi. Gut.