Zorn i orkiestra.

Byłem, widziałem, zdjęć nie robiłem, duże przeżycie. Dorota Szwarcman (http://szwarcman.blog.polityka.pl/2013/07/16/zorn-w-siedmiu-odslonach/#more-3394) powiedziała, że to był bardzo eklektyczny, a może najbardziej eklektyczny koncert jaki widziała – dokładnie nie pamiętam, ale to prawda. Od sympatycznych piosenek przeplatanych szaleństwem Mike’a Pattona, przez Hildegardę z Bingen na pięć kobiecych głosów, aż do Masady na którą wszyscy czekali. Dla porządku jeszcze był kwartet smyczkowy, niecodzienne trio fortepianowe i jeszcze raz szalony Patton z Medeskim, Dunnem i Baronem. Na koniec Dreamers i Electric Masada. Zorn wszystko widział, wszystko słyszał, ogarniał, cieszył się tym co działo się na scenie i to było dla mnie najciekawsze, jego prowadzenie zespołu, jego dyrygentura. Siedział na krześle i wstawał, falował rękami, zespół bardzo uważnie śledził ten jego taniec, cieszył się razem z nim i działo się pięknie jak w porządnej orkiestrze.

To pierwszy dzień Warsaw Summer Jazz Days i jak na początek bardzo nerwowy. Zorn nie pozwolił fotografować i bardzo ograniczył możliwość filmowania przez telewizję. Szacunek dla organizatorów, na których naciskali nie tylko Amerykanie, ale jeszcze siły porządkowe Kongresówki, które to siły w pewnym momencie przyszły i chciały same rozłączać i przestawiać kamery. Adamiak się nie poddał. W efekcie koncert opóźnił się o ponad pół godziny i atmosfera była dość napięta, ale wszystko się udało. Jutro/dziś dzień gitarowy. Idę spać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *