Archiwum autora: Tomek

Buty już mam i wódka kupiona, teraz do muzeum czas iść.

Do muzeum zachciało mi się iść. Taka myśl do głowy przyszła, że jak jadę na święta do Wawy, to polecę do Zachęty, Narodowego i jeszcze gdzieś kulturalnie się wzbogacę. Dziecko mnie naprostowało, że te przybytki z powodu zarazy są zamknięte. Centra (nie lubię nazwy galerie) handlowe otwarte nawet w niedzielę, a muzea nie. Sklepy ze wszystkim otwarte, a galerie sztuki nie. Stoki narciarskie są otwarte, ale to dlatego, że prezydent lubi jeździć. On ma gdzie spać i co jeść, więc hoteli i restauracji nie ma potrzeby otwierać, ale stoki musowo muszą być czynne. I nowa myśl mi się przyplątała, że gdyby prezydent, albo premier, albo prezes lubili chodzić do muzeów, czy galerii sztuki, to pewnie by je otworzyli, ale nie lubią, albo nie potrzebują i dlatego kłódki wiszą wszędzie. Myśl dalej błądzi, że przecież i tak dużo ludzi tam nie chodzi, więc łatwo policzyć ludzi na metry powierzchni, czy odwrotnie, żeby się nie pozarażali, no chyba, że strach o zarażenie się myślą wywrotową. W Narodowym jednak, a także w CSW i w kilku innych już jest porządek i tam się niczym zdrożnym zarazić nie da, więc może jednak by pozwolili na działanie?

Czy leci z nami pilot?

Zostałem ostrzeżony, wszyscy zostaliśmy. Jeden polityk, a może jakiś przeciek powiedział, że jak przekroczymy 30 tysięcy zakażeń to będziemy siedzieć w domu. Dobrotliwy, surowy nauczyciel karał kiedyś staniem w kącie, a teraz zatroskany rząd zrobi nam lockdown. Wszystko to dla nas, dla naszego dobra. Dziecko się dzisiaj spytało, czy czuję się tak, jak stanie wojennym, bo ona ma takie skojarzenia. Moja odpowiedź zdziwiła mnie samego, bo uważam, że Jaruzelski i inne sołdaty mieli plan i go na nasze nieszczęście dość skutecznie realizowali, a teraźniejsi rządzący zupełnie się pogubili. Trochę nawet zacząłem współczuć premierowi i prezydentowi. Samodzielne podejmowanie decyzji nie jest łatwe, a ich kierownik chyba zajął się kotem i nie ma czasu na ratowanie ojczyzny.

Odpowiedź na pytanie tytułowe jest oczywista – piloci wszyscy z nami lecą, ale żaden samolotem nie kieruje. Oni swoją przyszłość mają zabezpieczoną i tylko się dziwią, że tak dużo ludzi ich nie lubi, a o co chodzi kobietom to już zupełnie nie czają.

Szukając prawdy.

Zapisałem się na spotkanie literackie Łże-Reportaże i fikcyjne prawdy (tak nazwę fałszywie zapamiętałem). Teraz trzeba się zapisywać, bo przecież nadmiar słuchaczy mógłby itd…. Czas spotkania nadszedł, gnam na rowerze do Domu Literatury, bo takie wydarzenia tylko tam i tak przecież zapamiętałem, a oni w tym domu mówią, że mają spotkanie, ale dopiero za godzinę i jakieś zagraniczne.  Teraz gnam na Próchnika, bo sobie sprawdziłem, że muszę do Księgarni Do Dzieła i spóźniony, lekko przerażony, że nie wpuszczą, zajmuję miejsce z przodu, tak jakby dla mnie zostawione. 

Dlaczego tu jestem? Kłamstwo i prawda w sztuce bardzo mnie kręcą. W fotograficznych reportażach z wydarzeń muzycznych, często robiłem kolaże, które kocham. Zmanipulowane zdjęcia dokumentowały prawdziwe wydarzenie. Teraz maluję i czytam rozmowy z Francisem Baconem, a on mówi, że im bardziej portret zniekształci, tym będzie on prawdziwszy. 

No więc jestem u źródła o prawdzie i kłamstwie w sztuce i się sprawdza, bo dwie piękne, młode kobiety mówią bardzo ciekawie i trochę na temat, którym jestem zainteresowany. Wymieniają wiele nazwisk, zaledwie kilka obiło mi się o uszy. Mało czytam, głównie stare rzeczy. Kartoteka, Proces, Dżuma, czytam je po kilka razy, a prelegentki mówią o nowościach, których Stanisław w swoim magazynie nie ma, a ja tylko u niego w książki się zaopatruję. Pada nazwisko Huntera Thompsona, o którym film widziałem. To rozbójnik, cwaniak i kokainista, który robiąc reportaż o jakimś polityku, wymyślił plotkę i ją rozpuścił i napisał, że ludzie plotkują. Napisał prawdę, przecież sam tę plotkę zmajstrował, ale zachował się obrzydliwie. Izabella Adamczewska-Baranowska, autorka książki „Łże-reportaże i prawdziwe fikcje”  i Marta Zdanowska z Łódzkiego Domu Literatury dalej pięknie rozmawiają i spotkanie się kończy, jakieś pytania publiczności. Też się wychylam z pytaniem o polskiego odpowiednika Thompsona, ale nikt autorce do głowy nie przychodzi. 

W kuluarach Izabella dwojga nazwisk mówi o Andrzeju Brychcie, że chyba on najbliżej był mojego pytania. Brychta pamiętam, bo mój ojciec był kibicem boksu i ja też, ale żeby pisał, to nic nie wiem. Sprawdzam w sieci i cudo: chłopak z łódzkich Bałut, pisarz, bokser, kolaborował z SB i siedział w pudle, rzucało go po świecie, na zachodzie nazwał się Andrew Bright. Strasznie pokręcona biografia. Dziwne, że nikt o nim filmu nie zrobił.  

Koniec. 

P.S. Słowo Koniec na koniec dlatego, bo nie wiedziałem jak zgrabnie skończyć.  

Kultura ważna jest.

Maj, a może czerwiec, późny Gierek. Słońce, jakaś przerwa w zajęciach i kilku nas, studentów elektrycznego, wybrało się w krzaki na Polu Mokotowskim wypić kilka winek. Ławeczka, dziwny murek i nagle z krzaków wychodzi elegancki, starszy pan ze szklaneczką, korkociągiem i prośbą o zużyte butelki. Panowie studenci powinni pić elegancko ze szkła, a nie tak beznadziejnie z gwinta, jak robotnicy. To mi się przypomniało na Rynku Bałuckim, gdzie panowie handlujący z gazety i folii popijali wódeczkę. Jeden na wózku, inni wokół, ktoś poprawiający towar i mężczyzna w płaszczu z półlitrówką i elegancką fajansową filiżanką. Pan w płaszczu bardzo pilnował porządku, kultury i zasad higieny, przecierając naczynie papierkiem, a może szmatką. Te dwie sytuacje mi się połączyły dbałością o kulturę spożycia alkoholu, która jest bardzo ważna, tak jak każda inna kultura. 

Maserati.

Dzwonię do pana z Maserati.

To samochód?

Tak.

Jeżdżę na rowerze.

Do widzenia. Miłego dnia.

Miłego dnia.

Taki mi się dialog dzisiaj zdarzył i myśli delikatne, uporczywe mnie gnębią: czy nie za szybko skończyłem gadać, czy może taka okazja mi się już nie trafi. To nie tak, żebym taką furę chciał sobie sprawić, ale może bym się nią przejechał, luksusu niepomiernego pokosztował, szyku zadał. Z drugiej strony jeździłem kiedyś, przez kilka dni Porsche 911 i to była mordęga. Tyłkiem prawie po ziemi, twardy okropnie i na dokładkę wydech nieszczelny, spaliny w kabinie były w dużej ilości. W nowym Maserati z pewnością wydech jest sprawny, ale niskie chyba tak jak porszak.

Telefon od razu skasowałem, więc nie mam gdzie oddzwonić. 

Przepadło.

Boję się.

Obejrzałem Wiadomości. Czasami to robię, czyli oglądam kawałek informacyjny Polsatu, później TVN, a kończę TVP i to jest trudne doświadczenie. Mam wrażenie życia w świecie alternatywnym. W moim świecie króluje Covid, martwię się agresją pseudopolicji*, nieszczęściem Libanu. W tym drugim świecie zbudowaliśmy w Toruniu park pamięci Polakom ratującym Żydów w czasie drugiej wojny. Tam jest cały rząd z Kaczyńskim, premierem, biskupami i Rydzykiem. Tych pomników/parków wybudujemy w Polsce jeszcze wiele. Covid też jest, ale bez przesady, o Bejrucie mówią księża, Ziobro mówi o wstydzie, a Policja stoi na straży Ordo Iuris. Kręcimy film o młodym żołnierzu Wyszyńskim, którego chcemy awansować, bo jak prymas może być tylko porucznikiem. W kulturze król jest tylko jeden, czyli Zenek, wspierany przez Dr. Albana. W sporcie na nieszczęście Tour de Pologne wygrał Belg, ale nic to, bo nasze herosy szybkości, czyli Kubica i Marszałek ścigają się w Warszawie na asfalcie i na wodzie. Wynik walki Kubicy i Marszałka będzie podany 15 sierpnia na rocznicę Cudu nad Wisłą. Jedno jest pewne, wygra Polak. Z Wiadomości wieje powagą, pompatycznością i jest nudno strasznie, ale tu przecież nie chodzi o niusy, aktualności. To program, który tworzy nowego, świadomego swojej ważnej roli obywatela Polski. Mieszkając tutaj nic nie musimy robić, żeby być dumnym narodem, bo przecież jesteśmy potomkami tych, którzy wygrali z bolszewikami. 

*pseudopolicja to oddziały WOT (Wojsko Obrony Terytorialnej) przebrane w mundury policyjne, które zmajstrowała prawica na wzór ZOMO. 

PiS wie, że młodzi nie oglądają telewizji i dlatego zmieni programy nauczania, żeby panować jeszcze długo. Bójmy się.

Powyborcze myśli o drugim policzku.

10 milionów się cieszy, 10 milionów smutne łzy roni. Może więcej, może mniej, ale Polska podzielona. Kolega mi podesłał artykuł o pogardzie i tam jest napisane, że tacy jak ja liberałowie gardzimy wyborcami PiS-u bardziej, niż oni nami. I co ja mam z tym robić? Wydaje mi się, że nikim nie gardzę, ale może siedzi coś we mnie głęboko, co ukrywam. Kiedyś kolega profesor powiedział, żebym dla równowagi namalował siebie z opuszczonymi gaciami, a ja tego nie zrobiłem, więc może coś okropnego jednak we mnie tkwi. 

Wczoraj przez chwilę oglądałem próbę odwołania Ziobry przez opozycję. Ziobro czytał coś po kryjomu, zupełnie niezainteresowany przemówieniami, a jego młodzi koledzy radośnie się śmiali z bezradnej opozycji. Ten pokaz siły robił wrażenie, był ponury. Z drugiej strony zobaczyłem 7 sekund spotkania Michnika i Lisa, którzy zaśmiewali się, gdy M. powiedział, że Polski tym palantom nie można oddać – też ponura historia. Jedni i drudzy mają dziesiątki przykładów niewłaściwego, pogardliwego zachowania przeciwników/wrogów i będą mieli rację, ale czy to ich tłumaczy?

Jestem często na fb i tam z obu stron pokazywane są przykłady okropności strony przeciwnej i nawoływania do porozumienia, ograniczenia języka nienawiści. To mocno bez sensu, nie widzę nadziei na zmiany. To politycy musieliby się zmienić bez oczekiwania, że przeciwnicy pójdą ich śladem, ale oni tego nie zrobią, bo atakując, jątrząc, każda strona osiągnęła dziesięciomilionowy sukces. Tak więc przykład z góry nie pójdzie i dalej będziemy na siebie pluć.

Myśl o tym, że jesteśmy krajem katolickim i te nauki o nadstawianiu drugiego policzka smutno mnie rozśmieszyły, gdy to piszę. 

Krwi pobieralnia.

Mrożek i Gombrowicz pisali o Polakach mieszkając za granicą. To byli mistrzowie. Nie wyobrażam sobie pisać takich celnych historii bez bycia w języku, bez codziennego ocierania się o rodaków znękanych bolączkami, nieszczęściami, opętanych piękną, polską nienawiścią. 

Takie myśli naszły mnie po wizycie w przychodni, gdzie oddałem trochę krwi do badania i jako bierny widz i słuchacz uczestniczyłem w 2 scenach prawie teatralnych. 

Poczekalnia.

Tu krew pobierają?

Tu.

Na trzecie poszła tam nie było zlikwidowali nie powiedzieli.

Pytała?

Nie bo w listopadzie tam pobierali i na trzecie poszła starszej kobiety nie szanują kto to wszystko przeczyta tyle tego.

Kilka minut później.

Pięć minut trzymać kazała i prosta ręka ma być a kurtkę mam i torebkę mam to jak to zrobić czy ona myśli. 

Krwiak będzie.

Co poradzić czasu nie mam. 

W gabinecie. 

Pani Janeczko weźmie pani Liliputa najlepiej teraz kupić w Biedronce bo tam dwa po 5 złotych promocja jest normalnie to 7 kosztuje a gdzie indziej to 8 a nawet 9 i 4 jajka w przepisie jest 3 pan się nie denerwuje tyle lat już kłuje ale ja 4 biorę jeszcze majonez i ser trzeba zetrzeć na grubych oczkach trzy fiolki ściągnę tyle badań napisała to ciasto jak francuskie wyjdzie pan się nie denerwuje nigdy mi się nie złamała tyle lat kłuje cudowne to ciasto takie gładkie i 5 minut pan przyciska to ciasto takie łatwe następny proszę. 

Wojna Widzewa z ŁKS-em.

Co było pierwsze, kto był pierwszy? Takie pytania czasami sobie zadajemy i mnie takie pytanie trochę gnębi od wczoraj. Przyjaciele zabrali mnie do lasu koło Justynowa. Pogoda piękna, las piękny, czas wartko płynął przy interesującej rozmowie. I nagle zobaczyłem wyrżnięte znaki dwóch najważniejszych łódzkich klubów piłkarskich na cudownym, starym drzewie. Kto pierwszy zaczął? Czy Widzewiak, czy Ełkaesiak? Być może euforia po wygranej, albo frustracja po przegranej przygnała na łono natury pierwszego bandytę. Może najpierw jeden wyciął nazwę swojego klubu, a później drugi, a jeszcze później dołożyli Gwiazdy Dawida? Prawdopodobnie przyjeżdżali tutaj naprzemiennie, żeby sprawdzić, co przeciwnik dorżnął i odpowiedzieć na potencjalną zniewagę jeszcze ostrzej. Drzewo w środku lasu stało się areną bitwy na noże. Zrobiło się zimno i wojownicy łódzcy przestali tu przyjeżdżać. Nastąpił rozejm. Drzewo zabliźnia swe rany, które pozostaną widoczne na długo. 

Na innym drzewie proste cięcia pozostawił osobnik o ksywie Piksel. To już pojedyńczy cymbał, którego działania udokumentowałem, ale więcej nie będę o nim pisał. 

Kocham las, jego potęgę. Wandalizm tych nożowników, ludzi zaśmiecających las rani mnie osobiście. Mam nadzieję (niewielką), że ci źli ludzie będą kiedyś wstydzić się swojego postępowania. 

Martwię się.

Spotkałem dzisiaj Mohammada z Iranu, specjalistę free stylu. To takie perfekcyjne panowanie nad piłką nożną. Młody chłopak, który martwi się tym, że nie wie co się dzieje z jego rodzicami. Władze zamknęły internet, ludzie protestują przeciwko panującemu prezydentowi. Jeszcze nie tak dawno temu moi koledzy mówili, żeby tam jechać, bo tanio, bezpiecznie i pięknie. Zajrzałem do sieci i groźba wojny na horyzoncie. Amerykańskie okręty już płyną. 

Z rozpędu jakiegoś przeczytałem kawałek blogu Australijki mieszkającej w Sydney, masakra. Ich świat płonie. 

Jak rodzić dzieci, kiedy na progu takie kataklizmy. Jak coś planować, robić inwestycje, kiedy już nie ma połowy lodu na Arktyce i w grudniu mamy 15 stopni ciepła.