Poniedziałek rano. Zostałem w Warszawie, bo koncerty, festiwal nasz smolny się skończył, gadaliśmy. Wracać mi się nie chciało. Zwykle w nocy wracać wolałem, bo lepiej we własnym łóżku się obudzić, ale tym razem nie, bo późno spać poszedłem o 23 kiedyś o 3, pół kieliszka wina, kiedyś wódka, czyli właściwie tak samo.
Śniadanie, kilka słów z Jarkiem. Ma nie umierać, bo Konrad ostatnio mi umarł i ja już nie chcę. To duży wysiłek takie umieranie przyjaciela, więc lepiej niech mi tego oszczędzi.
Bilet kupuję na Powiślu, bo blisko i mam czas, pociąg prawie za godzinę idę spokojnie zdążę. Centralniak, peron siedzę na ławce z przodu czytam gazetę z Łodzi przywiozłem jeszcze dziesięć minut pięć czytam mówią że mój pociąg zaraz odjedzie jak ma odjechać jak nie przyjechał przecież siedzę na tym peronie wszystko widzę jednak idę za słup zaglądam stoi jakiś dalej trochę może to nie mój jedzie pewnie gdzieś indziej ale biegnę drzwi otwieram bo jakby co to na Zachodnim się przesiądę wskakuję on rusza jadę. Zdążyłem.
Pani w środku: czy to Wschodni, ja: Zachodni, ona: do Łodzi to przez Wschodni, ja: przez Zachodni. Ale do Łodzi jedziemy? Tak.