Archiwum autora: Tomek

W szponach systemu. 

Lubię wypożyczać książki, lubię biblioteki. Czytam kawałek, sprawdzam, czy nudna. Wypożyczam najczęściej coś z lektur szkolnych i noblistów – to pewniaki. Sprawdzam zawsze, co na półce ze sztuką. Teraz czasy takie, że nawet album z obrazami można wypożyczyć, a za komuny takie dzieło można było tylko na miejscu w bibliotece przejrzeć. Ale do brzegu o tych szponach systemu. Na półce ze sztuką pierwsze miejsce zajął Pep Guardiola „Sztuka zwyciężania”. Niby wszystko się zgadza, bo w tytule sztuka, no i Guardiola to jest z pewnością artysta. Mam jednak wątpliwości, bo gdyby ktoś napisał traktat o sztuce mięsa, to też by dzieło się znalazło pomiędzy obrazami i rzeźbami? Idę do pani bibliotekarki i delikatnie dzielę się wątpliwością. Sugeruję, że może Pepa by do sportu przenieść, albo w biografie wetknąć, bo to znakomity trener piłkarski. Pani sprawdza w komputerze i mówi, że tak być musi, bo ta książka w systemie jest w dziale sztuka i przełożyć nie można. I wtedy przypomniał mi się Miś, a konkretnie inkasent, który z szacunkiem, a wręcz z uwielbieniem opowiada o komputerze.

Do drzwi nie pukają, grzecznie nie pytają.

Na Puls Literatury poszedłem, bo miała być rozmowa z Mikołajem Grynbergiem, a ja go spotkałem dawno temu w Warszawie jako fotografa z projektem portretów rzemieślników praskich. No i tytuł festiwalu Utopia też był wabiący. Rozmawiali o utopii granic i dziewczyna powiedziała, że droga przez granicę z Białorusią jest postrzegana przez migrantów jako najbezpieczniejsza. Wszędzie indziej ryzyko śmierci jest dużo większe. Kilkadziesiąt lat temu, może w latach osiemdziesiątych, czytałem o nadchodzących wojnach o wodę w Afryce i o tym, że Afrykanie przyjdą do Europy i trzeba się na to przygotować. Nic na lepsze się nie zmieniło. Nieszczęścia przeganiają miliony ludzi z miejsc, gdzie się urodzili, tam gdzie mają szansę lepszego, a może tylko bezpieczniejszego życia. 

W dyskusji wziął udział człowiek, który mówił, że my nie chcemy żadnych uchodźców, że musimy się bronić przed nimi, bo oni tylko ekonomiczni i w tym lesie, żadnych dzieci, ni kobiet nie ma. 

Mieszkam sam w dużym mieszkaniu. Jestem egocentrykiem pierwszej wielkości. Chciałbym, żeby tym ludziom pomóc, żeby oni tam, w tym granicznym lesie nie umierali, ale na hasło przyjmij kogoś do siebie, wyjmuję czasami kilka złotych z kieszeni i dokładam się na Ukraińców, albo na jakiś inny, zbożny cel, marząc tylko, żeby mi się od tych nieszczęść dziejowych nie pogorszyło. 

Dlaczego taki mały?

No mały, trudny do zauważenia. Do rzeczy jednak. Jadę wieczorem przez skwer, zwany przez miejscowych parkiem obok Fabrycznego i tam nagrobek. Jest płyta kamienna, głaz nieduży z tablicą i chryzantema w doniczce. Jeszcze niedawno nic nie było, tylko trawa, kilka drzew i plac zabaw dla dzieci i pustka, żadnej idei. Teraz wszystko się zmieniło bo jest on, pomnik, a właściwie pomniczek, udający nagrobek poświęcony Piotrowi Szczęsnemu, który się spalił w proteście przeciw PiS-owi. Wszystko super, tylko mam jeden kłopot, dlaczego to takie małe, niepozorne. Szczęsnemu należy się porządny obelisk, duży głaz z płytą i złotymi literami. Trzeba go postawić w miejscu godnym, a nie w parczku niedużym, gdzie psy na niego sikają, a dzieci nie mogą się za nim ukryć, bo za mały. Dużo lepszy będzie plac przed dworcem, lub może przed magistratem, bo przecież to słuszna koncepcja naszej łódzkiej władzy, więc niech władza sobie na niego codziennie patrzy. Z drugiej strony z pewnością władza skonsultowała ideę pomniczka, a także miejsce jego posadowienia z ludnością miejscową i moje wątpliwości są absolutnie nie na miejscu. 

Trzy dni później muszę wnieść poprawkę do powyższego tekstu. Poszedłem na spacer, żeby zrobić zdjęcia pomniczka, a tu zmiana delikatna, bo chryzantema przesunęła się z płyty kamiennej bliżej drzewa. Robię zdjęcia, czytam tabliczkę i już wiem. Ofiarodawca chryzantemy też musiał po czasie się tego samego doczytać. To nie nagrobek jest pomnikiem czczącym Piotra Szczęsnego, tylko drzewko młode obok. Zadaniem głazu na płycie kamiennej jest podtrzymywanie tabliczki z informacją, że pomnikiem jest drzewo. I teraz już wszystko jest jasne. Magistrat chciał uczcić Szczęsnego drzewem, ale ponieważ ono młode i cherlawe mocno, to nikt bez tej tablicy mocno w głazie osadzonej myśli urzędniczej by nie docenił. Uważam, że aby dzieło było kompletne, należy zainstalować jeszcze jeden nagrobek z instrukcją, gdzie kłaść kwiaty.

Na plaży.

Plaża, piasku nawieźli. Słońce, ległem na plastikowym leżaku. Obok rozmowa, chłopak około 20 lat opowiadający o swoim dziadku drugiemu chłopakowi i chyba jego matce. Niby nic szczególnego, ale co drugie słowo to kurwa i czasami wtrącał jebać. Przeklinał tak, jak oddychał, naturalnie. Interlokutorzy odpowiadali kulturalnie, bez żadnych wulgaryzmów. Korciło mnie, żeby zwrócić mu uwagę, skarcić, ale tylko dalej odszedłem, a tam inna sytuacja. Para przyszła w wieku średnim. Ona postury zwykłej, pomijalnej, ale on wielki, gruby. Łysy i ten brzuch ogromny, lekko opalony. Na leżaku położył się i widzę łeb łysy i brzuch błyszczący, kobieta gdzieś poszła. Użalam się, że chłop z pewnością jakieś diety stosuje bez efektów, kolana ma słabe, na kręgosłup z pewnością choruje. Tymczasem kobieta wróciła z lodem rozmiar chyba największy, brzuchacz wchłonął słodycz i dalej się praży za nic mając nadwagę, potencjalnego czerniaka i wszystko to, czym ja się za niego martwię. 

Sousa, ty nie ucz się polskiego.

Był Leo Beenhakker, Jerzy Brzęczek, nawet trener Górski miał imię Kazimierz, dla niektórych Kazio, a Sousa nie,  jest dla mnie bezimienny*. Jest jak porucznik Columbo tylko z funkcją. Tak mi się skojarzył z serialowym policjantem, którego od lat zawzięcie oglądam. Trener jest piękniejszy i zgrabniejszy od policjanta, ale podobnie jak on diablo inteligentny. O inteligencji Columbo świadczą wyniki jego pracy, a Sousy to, że pomimo ich braku, nikt (oprócz kibiców i komentatorów po kiepskich meczach, czyli prawie zawsze) nie chce go wywalić z roboty. Co on zrobił Bońkowi, że tak go ukochał? Może coś do zupy nasypał, jakiegoś szaleju, albo lubczyku? Nic nie wygrywa (z Andorą się nie liczy), z Euro wylecieliśmy po pierwszym meczu i prezesowi to nie przeszkadza. Podobno on chce zmienić naszą mentalność. Jak? Jak można mieć taki pomysł? Jak można zmienić mentalność Polaka? Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. 

I tu pora na to, co napisałem w tytule. Niech on się nie uczy polskiego, bo jakby znał polski, jakby miał polskich pomocników (podobno ma tylko zagranicznych), to by wiedział co robi źle, bo wszyscy wiedzą. A tak nie zna naszej pięknej mowy i może Zibiemu opowiadać o marzeniach po włosku, albo w innym romantycznym języku przy porządnym espresso i ich bajka będzie trwała dalej, a reszta (czyli prawie wszyscy) będą się złościć. I może przyjdzie kiedyś taki moment, że złoty sen się ziści, albo nie. 

*imię trenera mi się przypomniało, ale zbyt późno, żeby dostać się do wpisu. 

Buty już mam i wódka kupiona, teraz do muzeum czas iść.

Do muzeum zachciało mi się iść. Taka myśl do głowy przyszła, że jak jadę na święta do Wawy, to polecę do Zachęty, Narodowego i jeszcze gdzieś kulturalnie się wzbogacę. Dziecko mnie naprostowało, że te przybytki z powodu zarazy są zamknięte. Centra (nie lubię nazwy galerie) handlowe otwarte nawet w niedzielę, a muzea nie. Sklepy ze wszystkim otwarte, a galerie sztuki nie. Stoki narciarskie są otwarte, ale to dlatego, że prezydent lubi jeździć. On ma gdzie spać i co jeść, więc hoteli i restauracji nie ma potrzeby otwierać, ale stoki musowo muszą być czynne. I nowa myśl mi się przyplątała, że gdyby prezydent, albo premier, albo prezes lubili chodzić do muzeów, czy galerii sztuki, to pewnie by je otworzyli, ale nie lubią, albo nie potrzebują i dlatego kłódki wiszą wszędzie. Myśl dalej błądzi, że przecież i tak dużo ludzi tam nie chodzi, więc łatwo policzyć ludzi na metry powierzchni, czy odwrotnie, żeby się nie pozarażali, no chyba, że strach o zarażenie się myślą wywrotową. W Narodowym jednak, a także w CSW i w kilku innych już jest porządek i tam się niczym zdrożnym zarazić nie da, więc może jednak by pozwolili na działanie?

Czy leci z nami pilot?

Zostałem ostrzeżony, wszyscy zostaliśmy. Jeden polityk, a może jakiś przeciek powiedział, że jak przekroczymy 30 tysięcy zakażeń to będziemy siedzieć w domu. Dobrotliwy, surowy nauczyciel karał kiedyś staniem w kącie, a teraz zatroskany rząd zrobi nam lockdown. Wszystko to dla nas, dla naszego dobra. Dziecko się dzisiaj spytało, czy czuję się tak, jak stanie wojennym, bo ona ma takie skojarzenia. Moja odpowiedź zdziwiła mnie samego, bo uważam, że Jaruzelski i inne sołdaty mieli plan i go na nasze nieszczęście dość skutecznie realizowali, a teraźniejsi rządzący zupełnie się pogubili. Trochę nawet zacząłem współczuć premierowi i prezydentowi. Samodzielne podejmowanie decyzji nie jest łatwe, a ich kierownik chyba zajął się kotem i nie ma czasu na ratowanie ojczyzny.

Odpowiedź na pytanie tytułowe jest oczywista – piloci wszyscy z nami lecą, ale żaden samolotem nie kieruje. Oni swoją przyszłość mają zabezpieczoną i tylko się dziwią, że tak dużo ludzi ich nie lubi, a o co chodzi kobietom to już zupełnie nie czają.

Szukając prawdy.

Zapisałem się na spotkanie literackie Łże-Reportaże i fikcyjne prawdy (tak nazwę fałszywie zapamiętałem). Teraz trzeba się zapisywać, bo przecież nadmiar słuchaczy mógłby itd…. Czas spotkania nadszedł, gnam na rowerze do Domu Literatury, bo takie wydarzenia tylko tam i tak przecież zapamiętałem, a oni w tym domu mówią, że mają spotkanie, ale dopiero za godzinę i jakieś zagraniczne.  Teraz gnam na Próchnika, bo sobie sprawdziłem, że muszę do Księgarni Do Dzieła i spóźniony, lekko przerażony, że nie wpuszczą, zajmuję miejsce z przodu, tak jakby dla mnie zostawione. 

Dlaczego tu jestem? Kłamstwo i prawda w sztuce bardzo mnie kręcą. W fotograficznych reportażach z wydarzeń muzycznych, często robiłem kolaże, które kocham. Zmanipulowane zdjęcia dokumentowały prawdziwe wydarzenie. Teraz maluję i czytam rozmowy z Francisem Baconem, a on mówi, że im bardziej portret zniekształci, tym będzie on prawdziwszy. 

No więc jestem u źródła o prawdzie i kłamstwie w sztuce i się sprawdza, bo dwie piękne, młode kobiety mówią bardzo ciekawie i trochę na temat, którym jestem zainteresowany. Wymieniają wiele nazwisk, zaledwie kilka obiło mi się o uszy. Mało czytam, głównie stare rzeczy. Kartoteka, Proces, Dżuma, czytam je po kilka razy, a prelegentki mówią o nowościach, których Stanisław w swoim magazynie nie ma, a ja tylko u niego w książki się zaopatruję. Pada nazwisko Huntera Thompsona, o którym film widziałem. To rozbójnik, cwaniak i kokainista, który robiąc reportaż o jakimś polityku, wymyślił plotkę i ją rozpuścił i napisał, że ludzie plotkują. Napisał prawdę, przecież sam tę plotkę zmajstrował, ale zachował się obrzydliwie. Izabella Adamczewska-Baranowska, autorka książki „Łże-reportaże i prawdziwe fikcje”  i Marta Zdanowska z Łódzkiego Domu Literatury dalej pięknie rozmawiają i spotkanie się kończy, jakieś pytania publiczności. Też się wychylam z pytaniem o polskiego odpowiednika Thompsona, ale nikt autorce do głowy nie przychodzi. 

W kuluarach Izabella dwojga nazwisk mówi o Andrzeju Brychcie, że chyba on najbliżej był mojego pytania. Brychta pamiętam, bo mój ojciec był kibicem boksu i ja też, ale żeby pisał, to nic nie wiem. Sprawdzam w sieci i cudo: chłopak z łódzkich Bałut, pisarz, bokser, kolaborował z SB i siedział w pudle, rzucało go po świecie, na zachodzie nazwał się Andrew Bright. Strasznie pokręcona biografia. Dziwne, że nikt o nim filmu nie zrobił.  

Koniec. 

P.S. Słowo Koniec na koniec dlatego, bo nie wiedziałem jak zgrabnie skończyć.  

Kultura ważna jest.

Maj, a może czerwiec, późny Gierek. Słońce, jakaś przerwa w zajęciach i kilku nas, studentów elektrycznego, wybrało się w krzaki na Polu Mokotowskim wypić kilka winek. Ławeczka, dziwny murek i nagle z krzaków wychodzi elegancki, starszy pan ze szklaneczką, korkociągiem i prośbą o zużyte butelki. Panowie studenci powinni pić elegancko ze szkła, a nie tak beznadziejnie z gwinta, jak robotnicy. To mi się przypomniało na Rynku Bałuckim, gdzie panowie handlujący z gazety i folii popijali wódeczkę. Jeden na wózku, inni wokół, ktoś poprawiający towar i mężczyzna w płaszczu z półlitrówką i elegancką fajansową filiżanką. Pan w płaszczu bardzo pilnował porządku, kultury i zasad higieny, przecierając naczynie papierkiem, a może szmatką. Te dwie sytuacje mi się połączyły dbałością o kulturę spożycia alkoholu, która jest bardzo ważna, tak jak każda inna kultura. 

Maserati.

Dzwonię do pana z Maserati.

To samochód?

Tak.

Jeżdżę na rowerze.

Do widzenia. Miłego dnia.

Miłego dnia.

Taki mi się dialog dzisiaj zdarzył i myśli delikatne, uporczywe mnie gnębią: czy nie za szybko skończyłem gadać, czy może taka okazja mi się już nie trafi. To nie tak, żebym taką furę chciał sobie sprawić, ale może bym się nią przejechał, luksusu niepomiernego pokosztował, szyku zadał. Z drugiej strony jeździłem kiedyś, przez kilka dni Porsche 911 i to była mordęga. Tyłkiem prawie po ziemi, twardy okropnie i na dokładkę wydech nieszczelny, spaliny w kabinie były w dużej ilości. W nowym Maserati z pewnością wydech jest sprawny, ale niskie chyba tak jak porszak.

Telefon od razu skasowałem, więc nie mam gdzie oddzwonić. 

Przepadło.